Greckichorzaczynaspiewac's Blog


Vier Minuten, reż. Ch. Kraus, 2006, Niemcy
Styczeń 2, 2010, 12:21 pm
Filed under: Uncategorized | Tagi: , , , , , ,

Scenariusz punkt po punkcie realizowany wg schematu: młody/gniewny/utalentowany. W języku niemieckim. Z okupacyjnym wątkiem lesbijskim. Słabizna.

Reklamy


Hua chi liao na nu hai aka Candy Rain, reż. Hung-i Chen, 2008, Tajwan

Uwaga!! Przygotujcie się na coś takiego: tajwańskie, artystyczne, kino lesbijskie…     candy rain

Ten film to przede wszytkim uczta dla oka. Przyczynkiem do przepięknych obrazów są bodajże 4 historie traktujące o miłosnych plagach: zazdrości, braku odpowiedzialności, etc. W każdej z nich na sam koniec pojawia się  niejasna dla mnie przesyłka od adresata: Candy Rain…

Czołówka zapowiadała raczej coś w klimacie „Gossip Girl” po azjatycku – młodzi, piękni i bogaci – dopiero potem zorientowałam się, że film rozgrywa się w dziewczyńskim świecie. No a potem = historie jak historie, generalnie nie bylam w stanie za bardzo skupić się na fabule (choć ta serwowała co raz to inne konwencje w kolejnych etiudkach), bo z rozdziawioną gębą patrzyłam co dzieje sie w dziale: obraz.  Od kadrów, poprzez przeostrzenia, kolory, scenografie, portretowanie i przeróżne powalające patenty: w tym filmie nawet jedzenie marshmallowa nabiera poetyckiego wymiaru. No jest na co popatrzeć – absolutny okaz w kinie queerowym!

Dziś sprawdziłam na filmweb.pl – dałam temu filmu 10, czyli po temublogowemu 6. no niech będzie, choć przydałby się jeszcze jeden, bez środków egzaltogennych seans.



Rachel wychodzi za mąż, reż. J. Demme, 2008, USA
Czerwiec 14, 2009, 7:59 pm
Filed under: ze movies | Tagi: , , , , , ,

Co zwiastuje piękna Anne Hatteway na okładce? A, pewnie jakaś komedyjka romantyczna, gdzieś tam w juesej. Ta komedyjka. Film sie skonczyl, a ja czem predzej do lazienki bo w miedzyczasie spłynął mi po twarzyrachel cały skrzętnie przyszykowany makijaż. I nie ze szczęścia płakałam bynajmniej…

Rachel wychodzi za mąż. Z tej okazji wychodzi z odwyku jej siostra Kym. Po mału jej przybycie wprowadza nas w świat rodziny, która nie roliczyła się z wielu tragedii…

Myślę, że więcej nie ma co pisać o fabule. Schemat doskonale znany z innych filmów.  Festen to nie jest, ale także prosze sie przyszykować na mocne przeżycia. W tym filmie dzieje sie tak dużo między członkami rodziny, każdy znajdzie jakąś sytuacje, którą może odnieść do siebie.

To taki film, który powinien był pokazywany dzieciakom w liceach, żeby zobaczyli jak dalekosiężne konsekwencje niesie nadużywanie… Ale nie tylko. To film o wychodzeniu z tragedii, o zaufaniu, o akceptacji, wybaczeniu a także jego niemocy. Dla mnie przedewszystkim to film o rozpaczliwej potrzebie skupienia na sobie innych…  Do bólu prawdziwy.

To żadna super-produkcja z obsadą za setki milionów i obrazkiem jak żyleta. To klimatycznie zrealizowany film:  ze zdjęciami z ręki i przeróżną muzyką, która przeprowadza nas przez wszystkie rozmowy, kłótnie i deklaracje. Z aktorami, których skądś tam znamy, ale nie pamiętamy skąd. Tylko Anne Hatteway błyszczy, ale inny to blask niż zazwyczaj. Blask, który doceniła Akademia nominując ją do Oskara.

Może nie polecam w słabszy dzień, ale generalnie to kawał dobrego obyczajowego kina.  5.



Vicky Cristina Barcelona, reż. W. Allen, 2008, Hiszpania/USA
Kwiecień 21, 2009, 8:03 pm
Filed under: ze movies | Tagi: , , , , , ,

Woody, ach Woody. Cóżeś mi uczynił… Ale spoko spoko – w niczmyś nie zawinił…

Nie wiem czy jest sens opisywania o czym ten film, bo kazdy na pewno wie. Gdyby nie wiedział, posłużę się wyjątkowo opisem dystrybutora:vicky

Dwie młode Amerykanki, Vicky (Rebecca Hall) i Cristina (Scarlett Johansson) przyjeżdżają na wakacje do Barcelony. Vicky, inteligentna i czuła, ma niedługo wyjść za mąż; otwarta na emocjonalne i seksualne przygody Cristina to jej zupełne przeciwieństwo. Podczas pobytu, obie bohaterki dają się wciągnąć w niekonwencjonalną, romantyczną i seksualną przygodę z Juanem Antonio (Javier Bardem), charyzmatycznym malarzem, uwikłanym w burzliwą i skomplikowaną relację ze swoją byłą żoną, Marią Eleną (Penélope Cruz).
Zanurzony w soczystej zmysłowości Barcelony, „Vicky Cristina Barcelona”, to zabawny, inteligentny film, ukazujący miłość we wszystkich jej przejawach.

A teraz od siebie.

Swietny, uroczy film. Przepełniony słońcem, artyzmem i dzikimi uczuciami. Wszystko mi się w nim podobało.

Podobała mi się historia. O seksie i jego konsekwencjach. O zdradzie i miłości. O przywiązaniu i spontaniczności. O sztuce i Barcelonie. Po prostu, zgrabnie, trafnie, przystępnie.

Podobały mi się zdjęcia. Słoneczna, nasycona barwami Barcelona i jej okolice. Podobno miasto dało kasę Woode’mu na zrealizowanie filmu. U nas co najwyżej Danzel kręci teledysk w Radomiu. Cóż… Jaki kraj, taka promocja. Zresztą już słyszę, że każdy chce w tym roku lecieć do Barcelony. Ja też. Będzie oblężenie. I dobrze.

Podobali mi się akorzy. Obłędny, bezpośredni i bezpruderyjny i szalenie wprost męski Bardem. Scarlett- dobra, choć jej rola zorientowana na mniejsze eksponowanie atutów aktorki niż zazwyczaj. Penelopa – szalona, ponętna, obłędna – choć taką znamy ją już z wielu filmów wcześniej  – Oscar to moim zdaniem nagroda za całokształt ról temperamentnych hiszpanek. Świetna była też Vicky – Rebeca Hall – która w tym filmie, moim zdaniem, była alter ego Allena.

Podobał mi się sposób prowadzenia historii. Surowy, uporządkowany lektor przeprawiający nas przez kolejne etapy hiszpańskiej wyprawy. Taki trochę w starym stylu, ale bardzo na miejscu.

Podobała mi się ta swoista wycieczka – kościoły, stare domy, biblioteki, galerie, hiszpańska gitara, rzeźby, no wszystko…

Podobał mi się ten klimat, słodkiej dekadencji, hedonistycznej bezmyślności, subtelnej rozwiązłości, który potrafi zburzyć spokój człowieka na długo długo i ciągle ożywać w pamięci.

Rozbawiła mnie scena, w której Scarlett wywoływała zdjęcia zrobione uprzednio cyfrakiem.

Błogość, moi mili błogość.  Daję 5+, jako że 6 trzymam na filmy, po których odbiera mi mowę  🙂



Bi-Mong aka Dream, reż. Kim Ki-Duk, 2008, Korea Płd.
Kwiecień 21, 2009, 8:49 am
Filed under: ze movies | Tagi: , , , , ,

Kto widział „Pusty dom” – ręka do góry! Podobało się? Na pewno. A „Wiosna, lato jesień zima i znowu wiosna”? A może „Łuk”? Albo „Samarytankę”? Piękne to kino. Spokojne, symboliczne, metafizyczne i troche magiczne. Piękne wizualnie. Bez zbędnych słów, bo po co ich nadużywać. Nienachalne – każdy bierze z tego bi-mongtyle, ile mu się będzie chciało. A nawet jeżeli ogląda film dla relaksu a nie refleksji, także będzie zadowolony.

W sobote miałam „Sen”.  Młody mężczyzna uderza w samochód, po czym zbiega z miejsca wypadku. Za chwile okazuje się, że był to sen. Przerażony realizmem zajścia jedzie na skrzyżowanie, które mu się śniło. Okazuje się, że do wypadku doszło naprawdę, tyle że sprawczynią była młoda dziewczyna, która utrzymuje że w tym czasie spała…  Dziewczyna jest lunatyczką i podczas swoich wędrówek czyni wobec swojego byłego faceta to, co nasz bohater wyśni. A śni on głównie o swojej dziewczynie z którą się rozstał. Są dwa rozwiązania tej przedziwnej sytuacji: albo bohaterowie przestaną sypiać, albo się w sobie zakochają, aby jedno o drugim śnić zaczęło…

O matko, nie wiem czy kupy trzyma sie to co napisałam…  Jest to typowy Ki-Dukowy film, tyle że jakoś troche z tych słabszych.  Wydaje się taki nachalny i dosłowny. Brakuje mu subtelności z filmów poprzednich. Cała historia jest dość naciągana, ale ją można przeżyć, choć wiemy dokąd zmierza scenariusz. Aktorzy grają za bardzo teatralnie. Zdjęcia są piękne – dzikie i wyraziste. No i tak nie wiem co tu jeszcze napisac. Wiec chyba zakończę oceną 3+.