Greckichorzaczynaspiewac's Blog


Eva, reż. Gaspar Noe, 2005, Francja
Maj 7, 2011, 10:04 am
Filed under: Uncategorized

Szukałam ostatnio na youtube etiudki Gaspara Noe ze zbiorku Destricted. I natknęłam się na to. I kompletnie zwaliło mnie z nóg.



Wild grass, reż. A. Resnais, 2009, Francja
Kwiecień 20, 2011, 8:44 pm
Filed under: Uncategorized

Wierzycie w bajki? W takie, że niespodziewanie spotykacie drugą osobę, która nagle wywraca Wasz świat do góry nogami. Niewygodne nagle staje się słowo „dziewczyna” czy „żona”. Najlepiej, jeżeli stanie się to w nieco dziwnych okolicznościach. Wtedy słowo „przeznaczenie” nabiera jeszcze większych rumieńców. Kto wie, może właśnie na naszej drodze pojawiła się miłość naszego życia. Ale co zrobić z tym dotychczasowym? A może nie ma się co przejmować bo to tylko ułuda, którą zaszczepiły nam filmy i książki? Bajka, którą opowiadamy sobie, by przez chwilę mieć ciekawsze życie.

Starszy mężyczyzna – George – odnajduje pewnego dnia na parkingu przy drzwiach swojego samochodu porzucony portfel.  Ten portfel parę chwil temu został skradziony pewnej kobiecie – dentystce o płomiennych włosach, która po godzinach lata awionetkami.  Mężczyzna zaintrygowany licencją pilota znajdującą się w znalezisku postanawia zwrócić go właścicielce.  Nie czyni jednak tego osobiście – portfel zanosi na posterunek a sam postanawia nawiązać z kobietą kontakt telefoniczny. Z dnia na dzień, mężczyzna popada w coraz większą obsesję na jej punkcie.

Czy dalej jest jak w bajce? I tak i nie. Reżyser pięknie buduje nam historię nagłego wstrząsu, który przypomina zabawę w kotka i myszkę.  Jest szalenie klimatycznie – ten film to hołd złożony filmowym historiom, w których kibicujemy bohaterom na stojąco i szlochamy ze szczęścia z paczką czekoladek na kolanach. Wszystko  w imię miłości, odnalezienia tej drugiej, prawdziwej swojej połówki. Postępowanie bohaterów fimu jest przepełnione poetyckością i pewną dramaturgią właściwą tylko filmom. A jednocześnie dojrzałością, która momentami przeszkadza nam widzom – inaczej byśmy chcieli widzieć tę historię. Ale pomalutku. Jest dowcipnie – w subtelny i sprytny sposób. Reżyser bawi się bohaterami i formą fabuły, a my bawimy się razem z nim. Finał historii zmierza w dość nieoczywistym kierunku. A tak naprawdę to od nas zależy, gdzie zakończymy ten film (przypomniała mi się „Kochanica Francuza).

Film, choć powstał zaledwie 2 lata temu, trąci nieco myszką. Ale w uroczy sposób. Jest narrator, spowolnione ujęcia, poetyckie wstawki, zabawa środkami formalnymi i konwencją. Naprawdę bardzo przyjemna propozycja kina nieco w stylu „retro”.



Powrót marnotrawnej
Kwiecień 18, 2011, 9:08 pm
Filed under: Uncategorized

To już 3 miesiące? Coś takiego… Ależ ten czas… Jakoś mi tu tak było nie po drodze.  Z różnych przyczyn na dłuższą chwilę straciłam filmowy apetyt. Zaczęło się chyba od 30 rock, które wyłączyło mnie z filmów na dobre kilka tygodni. A potem długo długo nic. Choć w sumie coś tam w międzyczasie bardzo lekkostrawnego. A potem zmusiłam się, by obejrzeć True Blood. I wsiąkłam po barki.

Zawsze miałam słabość do wampirów. To jest jednak inny rodzaj emocji – tanatos i eros, wieczność vs doczesność. Do tego wilgotny, bagienny klimat, voodoo, bar z łiskaczem i smażonymi krążkami cebulowymi. I te wampiry – nagle coś nowego, magicznie realnego. Na prawach mniejszości, troche „trędowate”, ale funkcjonujące między współczesnymi. Wynika z tego mnóstwo zabawnych sytuacji. Ale… co ja będę pisała o serialu, który wszyscy już widzieli.  Po „True bood” nastała pustka. Stwierdziłam, że nie ma już żadnego serialu, który przebiłby True Blood, więc… zaczęłam oglądać filmy 🙂  (To się chyba zmieni. Wcześniej moja koleżanka Joanna, teraz widzę Arek  polecają Shameless, a zdaje się mam już 4 odcinki na dysku).

Dzisiaj nie będę już więcej ględzić. Powrócę tu za kilka dni, obiecuję samej sobie. To tymczasem.

PS. Mam nowego chłopaka. Ma 194 wzrostu i jest wampirem. Zauważyłam go, mimo zbyt długich blond włosów. Ale kiedy je lekko skrócił  i jeszcze bardziej rozjaśnił wiedziałam, że to jest to. Mój mąż kręcił nosem, ale koniec końców musiał go zaakceptować.

Ah no i jeszcze nie napisałam, że zdarzył się cud i zaczęłam oglądać horrory. Co prawda na razie takie bez duchów i potworów, ale od czegoś trzeba. Zaczęło się od Eden Lake, który zniosłam bez zbytniego zasłaniania oczu. Bardzo mi się podobał. Więc teraz tydzień po tygodniu, pod przewodnictwem swojego szanownego kolego Bartosza Sz. poznaje kolejne odsłony gatunku. Z tytułu na tytuł hartuje się coraz bardziej, myślę, że jest dla mnie nadzieja. No dobra. To już naprawdę koniec. Widzimy się!



Jamon, jamon, reż. B.Luna, 1992, Hiszpania
Grudzień 27, 2010, 11:04 pm
Filed under: Uncategorized

Telenowela, Panie!

On kocha ją, będą mieli dziecko. Jego matka nie akceptuje związku. Jej matka od czasu do czasu spotyka się z nim i świadczy mu papuzie usługi seksualne. Jego matka wynajmuje faceta, aby ją uwiódł. Ale sama się w nim zakochuje, i dzięki motorowi marki Yamaha spędza z nim upojne chwile podczas których spożywają czosnek. Po drodze on 2 zakochuje się w niej. Wkrótce ona w nim też, ale dopiero gdy ginie prosiak uświadamia sobie siłę tego uczucia.  Finału tej historii nie powstydziłby się Sofokles. Scena pojedynku z użyciem świeżo wysuszonej jamon zapadnie mi na długo w pamięci. Happy End jest zaś taki, że ona i on 2 będą mieli dziecko. Gratuluję.



Tatie Danielle, reż. E. Chatiliez, 1990, Francja
Grudzień 22, 2010, 8:14 pm
Filed under: Uncategorized

Znacie ją. Widzicie ją w autobusie, kiedy głośno wyraża niezadowolenie z powodu braku miejsca do siedzenia. Przepuszczacie ją w tramwaju, kiedy po trupach pcha się do drzwi. Bo przecież WYSIADA NA NASTEPNYM przystanku, choć autobus nie ruszył jeszcze z poprzedniego. Stoicie za nią w kolejce na poczcie, kiedy kłóci się z każdym z powodu zbyt wolnej obsługi nerwowo postukując laską o podłogę.  Jeżeli macie mniej szczęścia, to znajdziecie ją w waszej rodzinie: codziennie umiera mimo,  iż jej wyniki są nie najgorsze; podżera słodycze, choć ma zaawansowaną cukrzycę; nieustannie skarży się na samotność, a przecież rodzina zagląda częściej niż trzeba.  Jest egoistyczna, kapryśna, zrzędliwa, nikczemna. Poznajcie Ciotkę Danielle.

Rzeczona ciotka trafia pod dach swoich kuzynów, którzy zobowiązują się opiekować staruszką. Są pełni dobrej woli, gotowi przychylić swej cioci nieba.  Dzieci do niej lgną, a kuzynka dogadza jej jak tylko się da. Niestety. Ciotka swoje wie – świat jest zły, dzieciaki upierdliwe, a światowe jedzenie nadaje się tylko do kosza.  Trzeba umrzeć. Ale zanim, należałoby dać ówczesnym do wiwatu. Tym bardziej, że kroi im się dwumiesięczny wyjazd do Grecji, a oni ośmielili się pomyśleć o wynajęciu kogoś do opieki. Oj,  jeszcze pożałują swojej decyzji…

Ten uroczy, nieco w starym stylu film to przewrotna komedyjka o archetypicznym wręcz temacie „starej i złośliwej”.  Może i daleko temu filmowi  do  „Co się zdarzyło Baby Jane”, w  którym nienawiść aż ciekła z ekranu a Bette Davis chciało się strącić w przepaść razem z wózkiem. Ciotkę Danielle też chciałoby się zdzielić po łbie, co zresztą  w filmie następuje. I nagle okazuje się, że i w ciotce drzemią ludzkie uczucia, a manipulanctwo sięga tak daleko, jak na ile ktoś jest mu w stanie pozwolić. Historia zmierza do happy endu, choć nie takiego oczywistego, a po drodze nie obędzie się bez perypetii, które wykraczają daleko poza mury pokoju cioteczki. Dojdzie i do rozgrzeszenia głównej bohaterki. Nie jesteśmy głupi i wiemy, że strach przed samotnością i porzuceniem bywa najgorszą trucizną.

Bardzo przyjemny film. W sam raz, żeby odetchnąć przy nim po dniu ciężkiej pracy.

 

 



Ziemia i popioły, reż. K. Partovi, 2004, Francja/Afganistan
Grudzień 6, 2010, 11:01 pm
Filed under: Uncategorized

Pustynne bezdroża przemierza stary mężczyzna w towarzystwie małego chłopca. Celem jego podróży jest kopalnia, w której pracuje jego syn.  Dastaguira zmierza powiadomić go o śmierci matki i żony, które zginęły w bombardowaniu wioski. Tak jak zresztą cała reszta jej mieszkańców.

Mężczyzna nie wyobraża sobie w jaki sposób może przekazać tak dramatyczne informacje. Boi się reakcji syna. Honor wymaga, aby jego syn dowiedział się prawdy, która jest tym okrutniejsza, że jego żona została przed śmiercią zhańbiona. Starzec obawia się, że jego syn może popełnić samobójstwo. Dodatkową rzeczą, która sprawia starcowi straszny ból jest fakt, iż jego wnuk stracił w wyniku bombardowania słuch. Malec nie potrafi zrozumieć co się stało. Widzi, że wszyscy dookoła niego ruszają ustami, ale nie wydobywają się z nich dźwięki.

Droga obydwóch jest odzwierciedleniem stanu ducha Dastandingury – tak jak mężczyzna nie wyobraża sobie rozmowy z synem tak jego dotarcie do celu ciągle jest czymś zakłócone.  Oczekiwanie na jedyną w trakcie dnia ciężarówkę, która dociera do kopalni nieustannie się wydłuża. Przystanek, który  znajduje się w niespełna połowie drogi podróży to miejsce bolesnej kontemplacji, a także nieustannego rozdrapywania ran. Jedyne miejsce – wioska znajdująca się nieopodal, w którym wydawałoby się że można znaleźć bliskie osoby i odrobinę pocieszenia także została zbombardowana.

W filmie Partoviego ofiarami wojny są nie Ci, którzy zginęli. To Ci żywi, którzy muszą nieść ze sobą ból po stracie najbliższych.  Bezradność jest przytłaczająca. Fizyczne rany są niczym w porównaniu z ciężarem traumatycznych obrazów, które  co chwila powracają.

Tragedię oglądamy z  dwóch perspektyw – sędziwego, mądrego meżczyzny oraz jego wnuczka – nieświadomej ofiary, skrzywdzonej na całe życie.  Chłopiec widział cały terror. Dzieli się nim głośno, wypluwa z siebie brutalne obrazy. Nie dostaje odpowiedzi. Nikt nie może mu niczego wytłumaczyć. Frustracja małego dziecka narasta w rozdzierający sposób. Szuka głosów napotkanych osób we wraku czołgu stojącym przy przystanku.

Ta udręka nie ma końca. Nawet w momencie, w którym wydaje się nam, że podzielimy się z kimś naszym ciężarem – ukojenie nie nadchodzi. Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają.  Kolejne kamienie do worka z rozpaczą.

Doskonały, choć szalenie smutny.

 

 



Grudzień 1, 2010, 10:55 pm
Filed under: Uncategorized

Jeżeli będę kiedyś mieć syna to chcę, żeby był taki jak Scott Pilgrim.  Powinno się udać jeżeli wnętrze odziedziczy po mnie, a o jego wyglądzie zadecydują geny męża.

Bowiem Scott Pilgrimm to młodzieniec o niezwykłym uroku, niespotykanej wrażliwości i rozbrajającej więc mieszance sarkazmu i autoironii. Posiadanie takich cech może z założenia powodować pewne kłopoty. W tym wieku, te największe mogą płynąć od kobiet. Związane są one z pewną niestałością uczuciową, zwaną inaczej poszukiwaniem ideału. A kiedy ten staje na drodze, mając różowe czy tam niebieskie włosy niekoniecznie musi to oznaczać pełnię szczęścia. O nie trzeba zawalczyć, najlepiej w stylu Street Fighter – z dużą ilością kicków i onomatopei pojawiających się na ekranie w formie graficznej. Piorunami, przedzielającym się ekranem, stylem, który określa się mianem komiksowego.

Z komiksami mam wspólnego tyle, że miałam kiedyś jeden tom Komiksu Giganta – chyba wiecie o czym mówię. Ta swego rodzaju ignorancja jednak wcale nie odebrała mi przyjemności oglądania tego wyjątkowego i specyficznego filmu. Scott Pilgrim kontra świat, a może Scott Pilgrimm kontra całe współczesne kino szczycące się mianem postmodernistycznego. Takiego szaleństwa formalnego nie widziałam od dawna. Rytm filmu nie daje odetchnąć na chwile, a ukojenie daje jedynie nieporadny uśmiech głównego bohatera. Do tego dobro zwycięża, ludzie stają się mądrzejsi – no jak tu się oprzeć?

Bardzo dobry stuff.