Greckichorzaczynaspiewac's Blog


Wild grass, reż. A. Resnais, 2009, Francja
Kwiecień 20, 2011, 8:44 pm
Filed under: Uncategorized

Wierzycie w bajki? W takie, że niespodziewanie spotykacie drugą osobę, która nagle wywraca Wasz świat do góry nogami. Niewygodne nagle staje się słowo „dziewczyna” czy „żona”. Najlepiej, jeżeli stanie się to w nieco dziwnych okolicznościach. Wtedy słowo „przeznaczenie” nabiera jeszcze większych rumieńców. Kto wie, może właśnie na naszej drodze pojawiła się miłość naszego życia. Ale co zrobić z tym dotychczasowym? A może nie ma się co przejmować bo to tylko ułuda, którą zaszczepiły nam filmy i książki? Bajka, którą opowiadamy sobie, by przez chwilę mieć ciekawsze życie.

Starszy mężyczyzna – George – odnajduje pewnego dnia na parkingu przy drzwiach swojego samochodu porzucony portfel.  Ten portfel parę chwil temu został skradziony pewnej kobiecie – dentystce o płomiennych włosach, która po godzinach lata awionetkami.  Mężczyzna zaintrygowany licencją pilota znajdującą się w znalezisku postanawia zwrócić go właścicielce.  Nie czyni jednak tego osobiście – portfel zanosi na posterunek a sam postanawia nawiązać z kobietą kontakt telefoniczny. Z dnia na dzień, mężczyzna popada w coraz większą obsesję na jej punkcie.

Czy dalej jest jak w bajce? I tak i nie. Reżyser pięknie buduje nam historię nagłego wstrząsu, który przypomina zabawę w kotka i myszkę.  Jest szalenie klimatycznie – ten film to hołd złożony filmowym historiom, w których kibicujemy bohaterom na stojąco i szlochamy ze szczęścia z paczką czekoladek na kolanach. Wszystko  w imię miłości, odnalezienia tej drugiej, prawdziwej swojej połówki. Postępowanie bohaterów fimu jest przepełnione poetyckością i pewną dramaturgią właściwą tylko filmom. A jednocześnie dojrzałością, która momentami przeszkadza nam widzom – inaczej byśmy chcieli widzieć tę historię. Ale pomalutku. Jest dowcipnie – w subtelny i sprytny sposób. Reżyser bawi się bohaterami i formą fabuły, a my bawimy się razem z nim. Finał historii zmierza w dość nieoczywistym kierunku. A tak naprawdę to od nas zależy, gdzie zakończymy ten film (przypomniała mi się „Kochanica Francuza).

Film, choć powstał zaledwie 2 lata temu, trąci nieco myszką. Ale w uroczy sposób. Jest narrator, spowolnione ujęcia, poetyckie wstawki, zabawa środkami formalnymi i konwencją. Naprawdę bardzo przyjemna propozycja kina nieco w stylu „retro”.



Powrót marnotrawnej
Kwiecień 18, 2011, 9:08 pm
Filed under: Uncategorized

To już 3 miesiące? Coś takiego… Ależ ten czas… Jakoś mi tu tak było nie po drodze.  Z różnych przyczyn na dłuższą chwilę straciłam filmowy apetyt. Zaczęło się chyba od 30 rock, które wyłączyło mnie z filmów na dobre kilka tygodni. A potem długo długo nic. Choć w sumie coś tam w międzyczasie bardzo lekkostrawnego. A potem zmusiłam się, by obejrzeć True Blood. I wsiąkłam po barki.

Zawsze miałam słabość do wampirów. To jest jednak inny rodzaj emocji – tanatos i eros, wieczność vs doczesność. Do tego wilgotny, bagienny klimat, voodoo, bar z łiskaczem i smażonymi krążkami cebulowymi. I te wampiry – nagle coś nowego, magicznie realnego. Na prawach mniejszości, troche „trędowate”, ale funkcjonujące między współczesnymi. Wynika z tego mnóstwo zabawnych sytuacji. Ale… co ja będę pisała o serialu, który wszyscy już widzieli.  Po „True bood” nastała pustka. Stwierdziłam, że nie ma już żadnego serialu, który przebiłby True Blood, więc… zaczęłam oglądać filmy 🙂  (To się chyba zmieni. Wcześniej moja koleżanka Joanna, teraz widzę Arek  polecają Shameless, a zdaje się mam już 4 odcinki na dysku).

Dzisiaj nie będę już więcej ględzić. Powrócę tu za kilka dni, obiecuję samej sobie. To tymczasem.

PS. Mam nowego chłopaka. Ma 194 wzrostu i jest wampirem. Zauważyłam go, mimo zbyt długich blond włosów. Ale kiedy je lekko skrócił  i jeszcze bardziej rozjaśnił wiedziałam, że to jest to. Mój mąż kręcił nosem, ale koniec końców musiał go zaakceptować.

Ah no i jeszcze nie napisałam, że zdarzył się cud i zaczęłam oglądać horrory. Co prawda na razie takie bez duchów i potworów, ale od czegoś trzeba. Zaczęło się od Eden Lake, który zniosłam bez zbytniego zasłaniania oczu. Bardzo mi się podobał. Więc teraz tydzień po tygodniu, pod przewodnictwem swojego szanownego kolego Bartosza Sz. poznaje kolejne odsłony gatunku. Z tytułu na tytuł hartuje się coraz bardziej, myślę, że jest dla mnie nadzieja. No dobra. To już naprawdę koniec. Widzimy się!