Greckichorzaczynaspiewac's Blog


Jestem miłością, reż. L. Guadagnino, 2009, Włochy
Wrzesień 24, 2010, 5:08 pm
Filed under: Uncategorized

Droga do serca mężczyzny prowadzi przez żołądek. Film „Jestem miłością” pokazuje, że ta prawda sprawdza się również w innej konfiguracji płciowej…

Emma jest stateczną żoną i matką. Zamieszkuje przepiękną, rodzinną, mediolańską rezydencję w której życie opływa luksusem, ale i nudą. Pewnego dnia poznaje przyjaciela syna, który zostaje nadwornym kucharzem rodziny Recchi. Z każdym kęsem przygotowanych przez Antonia potrawmężczyzna zaczyna fascynować Emmę coraz bardziej.

„Jestem miłością” to przepiękna i szalenie intensywna historia. Z jednej strony to zaskakujący konstrukcją rodzinny dramat, ale też historia o przebudzeniu i samopoznaniu. Takich filmów nie robi się dzisiaj zbyt często. Słowa zastępuje obraz i muzyka. Zachowawcze, statyczne, zdystansowane zdjęcia w początkowej części filmu wraz z rozwojem fabuły stają się coraz bardziej intymne i wręcz organiczne. Zimne światło wraz z rozwojem romansu ustępuje rozbuchanemu liguryjskiemu słońcu, któro wprost pieści nasz wzrok. Z każdą sceną film robi się coraz bardziej intensywny i zapierający dech w piersiach, a scena miłości w ogrodzie – to wg mnie jedna z najpiękniej uwiecznionych i chyba najdłuższych takich scen jakie powstały dotychczas w kinematografii. Cały klimat podbija intensywna, szybka, ostra wręcz symfoniczna muzyka która dosłownie podnosi nam tętno, ale nadaje też filmowi wyjątkowości.

W filmie „Jestem miłością” fabuła zawiązuje się przy kuchennym stole. Romansowi głownych bohaterów winne są krewetki Santa Margherita, krem z groszku z kwiatami cukinii i inne spektakularne potrawy, które powalają swoim wyglądem. Między wierszami film gloryfikuje życie w zgodzie z naturą – piękny ogród Antonia to marzenie większości z nas. Tylko naturalne może być naprawdę pyszne.

Tilda Swinton jest dodatkową siłą napędową tego filmu. Grająca niejako żonę modną, kobietę, która wyrzekła się swoich korzeni dla męża, który wyciągnął ją z biednej Rosji i zafundował nowe życie w Mediolanie. Początkowo jest szalenie stonowana, mizerna i cicha, ale na sam koniec filmu nie mamy żadnych wątpliwości, czemu ta rola należy do niej. Tilda Swinton to prawdziwy kameleon i w filmie „Jestem miłością” możemy zobaczyć jej przemianę.

Jeżeli wachacie się na co w ten weekend iśc do kina – idzcie na „Jestem Miłością”. Jestem przekonana, że na pewno zachwyci Was na wiele sposobów.



Magnolia, reż. P. T. Andersson, 1999, USA
Wrzesień 22, 2010, 10:40 pm
Filed under: Uncategorized

Wierzę, że muszą się wydarzyć pewne rzeczy, żeby po nich mogły nastąpić inne. Nie chodzi mi tu o realne i logiczne związki przyczynowo skutkowe,  a o pewien nieoczywisty dla nas algorytm zdarzeń.  Niektórzy nazywają go przeznaczeniem, niektórzy fatum. Boję się mocy tych określeń, natomiast otwarcie przyjmuję pewne sytuacje, o które potykam się gdzieś po drodze. Kto wie na czym wyląduję.

„Magnolia” to dla mnie film o przeznaczeniu. Reżyser też jakoś specjalnie nie chce zatuszować tego faktu umieszczając na początku filmu zdumiewające, odróżnione stylistycznie  historie o przewrotności losu rodem z „Księgi Rekordów Darwina”. Potem, rozkładając historię na kilku bohaterów, których łączy łańcuch zdarzeń zaczyna snuć wręcz biblijną historię o przebaczeniu i odkupieniu. Jednych los się dokona, inni znajdą szczęście, jeszcze inni spokój.

„Magnolia” to jeden z najpiękniejszych i najmądrzejszych filmów, jakie widziałam w życiu. Pewnego czasu zdeklasowała ją „Synecdocha, Nowy York” – szalenie podobna i opowiadająca o dokładnie tych samych rzeczach (a konkretnie o życiu) tylko w nieco inny sposób. Jednak drugi raz do „Synecdoche…”  podejść się boję, a „Magnolie” mogłabym jeszcze i jeszcze.  Biorąc na siebie jej cały ciężar gatunkowy – bo rozczaruje się ten, który spodziewa się komedii obyczajowej. Akcenty humorystyczne, które wynikają częściej z  zamiłowania Andersona do stosowania różnych postmodernistycznych zabiegów są i urozmaicają jeszcze bardziej film. Trzy godziny mijają jak z bicza. Jednak „Magnolia”  jest raczej gorzka, niż słodka.

Film jest wirtuozersko odegrany przez Andersonowskich aktorów – szarych i pospolitych, kwitnących wyjątkowo w rolach przydzielanych przez reżysera. Nikt, kto widział „Magnolię” nie powie, że Tom Cruise to słaby aktor. W aktorach, których prowadzi Anderson jest jakaś wyjątkowość,  której nie potrafię ubrać w słowa.  W filmie oprócz ulubionych aktorów reżyser ponownie złoży ciężar fabuły na relacje pomiędzy rodzicami i dziećmi. W pięciu smakach. Nie lubię tego słowa, ale ten film jest na wskroś uniwersalny.  I nie chce się wierzyć, że ma już 11 lat.

„Magnolię” biorę mocno do siebie. Zresztą co chwila mam dowody na to, że czasami musi być tak, a nie inaczej. Nie wiem tylko,  jaki znak pojawi się na drodze, mówiący że znalazłam się na końcu jednego z miliona algorytmów, które zaprogramowali dla mnie goście z Life IT.  Na deszcz żab raczej nie liczę, chociaż… Ropuch w moim otoczeniu aż nadto 🙂



Weeds, Jenji Kohan, 2005 – 2010
Wrzesień 12, 2010, 9:19 pm
Filed under: Uncategorized

Palenie trawki nie uzależnia. Oglądanie zdecydowanie.

Od dawna mam tak zasadę, że do serialu podchodzę jak będę w posiadaniu wszystkich odcinków sezonu.  Nie ma się co oszukiwać, oczekiwnie tygodnia w momencie nagłego zwrotu akcji to tortura równa niejedzeniu słodyczy, więc lepiej się trochę wstrzymać, a potem polecieć po bandzie. Teraz nie mam trochę warunków, ale za czasów słodkiego bezrobocia byłam wstanie przerobić cały sezon Plotkary w jeden dzień.  Ostatnio jednak musiałam trochę posiedzieć w nocy, czekałam aż mi wyrosną chleby no i trzeba było jakoś sobie umilić ten czas. Nic absorbującego, bo co chwila wstawałam – to odgazować ciasto, to sprawdzić czy wyrosło, sami wiecie jak jest…  No i wtedy zobaczyłam te trzy odcinki uśmiechające się do mnie z folderu eMule…

Trawkę pokochałam od pierwszego odcinka.  Przygody nagle owdowiałej młodej, dwudzietnej kobiety, która musi jakoś sprostać nowej rzeczywistości, więc postanawia zacząć handlować trawą aby związać koniec z końcem to dla mnie kwintesencja ulubionych motywów ze współczesnego kina amerykańskiego. Gdzieś na przedmieściach mieszkają sobie biurwy i krawaciarze i mimo pozornego ładu i porządku, każdy ma coś na sumieniu. Trawka to może nie American Beauty, ani Małe Dzieci, ale zgnilizna głównych bohaterów ściele się gęsto. Na całe szczęście, wszystko unosi się w oparach najznamienitszego towaru na rynku, którego bohaterowie nie żałują sobie za grosz, co czyni serial wyjątkowym.

Nie sądziłam, że to już 5 lat, ale filmweb nie kłamie.  5 lat doskonałej, absurdalnej rozrywki. I to nawet nie chodzi o główny wątek przygód wdówki. Dookoła niej kręcą się postacie, które biją ją na łeb.  Serial bardziej oglądam dla Douga, Andyego i Celii których pojawienie się na ekranie jest gwarantem spazmów śmiechu. Sama Nancy Botwin – no cóż,  w pewnym momencie zaczęła mnie trochę irytować. Ja rozumiem wszystko, ale scenarzyści dali jej na głowę za dużo problemów, z których nie za bardzo wiadomo jak się wybronić. Nancy stała się kobietą, która nie ma nic do stracenia a z każdym krokiem usuwa się jej grunt pod nogami. Wszystko jednak znosi bez ani jednej zmarszczki na twarzy, siorbiąc swoją ulubioną mrożoną latte ze starbucksa. I niby wiadomo, że to serial komediowy, ale jakoś mimo wszystko jej postępowanie zaczyna trochę irytować.

Dopóki serial był o perypetiach związanych ze sprzedawaniem trawki, wszystko było ok. Jednak potem, z sezonu na sezon thc ustępowało obyczajowości, co troszkę serial spsuło. Ostatni, 5 sezon obejrzałam niejako siłą rozpędu i zobaczywszy jego ostatnią scenę prawdę powiedziawszy straciłam nadzieję.

Dla tego jak odpaliłam pierwszy odcinek 6 serii daleko byłam od entuzjazmu i mrowienia w brzuchu. Kolejny, spoko, ale to też jeszcze nie to. Dopiero końcówka trzeciego sprawiła, że stepuje w oczekiwaniu na kolejne i już wiem, że czeka mnie tygodniowe oczekiwnie na każdy następny. Trawka bowiem wróciła do korzeni. A przynajmniej się na to zapowiada. I teraz tylko mam nadzieję, że do serialu powrócą Ci, bez których Nancy nie przetrwa w dillerskim świecie. Celio, Deanie i Dougu – jeżeli nie pojawicie się w następnych 3 odcinkach,  p%@&^$#ę ten serial.



Disapperance of Alice Creed, reż. J. Blakeson, 2009, Wlk. Brytania
Wrzesień 8, 2010, 7:59 pm
Filed under: Uncategorized

Ten weekend sponsorował Arek z bloga No hay banda.  Potrzebowałam czegoś dobrego, ale nie za bardzo zmuszającego do myślenia, a rekomendacje Arka zdawały się spełniać te wymagania. Jako pierwszy poleciał film The Disapperance of Alice Creed.

To, że film może być absolutnie miażdżący mimo, iż jego akcja rozgrywa się według zasady jedności miejsca, czasu i akcji, doskonale pokazał Richard Linklater w filmie Taśma. Miałam wielkie opory przed sięgnięciem poń, ale kiedy w końcu się przemogłam całkowicie mnie pozamiatało. Taśma to istny majstersztyk scenariuszowy, dialogowy i zdjęciowy. Mimo całej swojej kameralności to film wielki.  Pędzi tak, że zwroty akcji przypominają wymianę piłek w dobrym meczu tenisowym. A cyniczność, manipulanctwo treści przywraca o zawrót głowy. Kiedy więc przeczytałam recenzję Arka o trójce osób zamkniętych może nie w jednym, a w dwóch pokojach połączonych pewnym incydentem siłą rzeczy miałam Taśmę gdzieś tam z tyłu głowy.

Punktem wyjściowym dla akcji filmu jest uprowadzenie młodej dziewczyny przez dwóch mężczyzn. I w zasadzie tyle wystarczy. Bo po pierwszej, niemej i bardzo fajnie zmontowanej sekwencji nadchodzi czas na poznanie motywów i historii, która faktycznie, zgodzę się z Arkiem, wnosi pewien powiew świeżości scenariuszowej historii. Jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji, jednak pamiętajcie – cały czas w głowie mam Taśmę, a to bardzo bardzo bardzo wysoko zawieszona poprzeczka.

W filmie bardzo podobał mi się montaż – szybki, wręcz teledyskowy. Aktorstwo – raz lepiej, raz gorzej, natomiast nie sposób nie wspomnieć o Eddiem Marsanie, który w gburowatych rolach jest nie do podrobienia. Nie powiem, nie jest to film zły, ale nie jest to film wybitny. Taki żeby obejrzeć, a potem go wykasować z dysku, żeby nie blokował miejsca na inne rzeczy.