Greckichorzaczynaspiewac's Blog


Misfits, Howard Overman, 2009, Wlk. Brytania
Luty 20, 2010, 9:12 pm
Filed under: Uncategorized

Ci młodzi ludzie na załączonym obrazku to nie załoga statku kosmicznego, a zwykli śmiertelnicy, którzy wdając się w konflikt z prawem muszą teraz sprzątać ulicę aby odkupić swoje mniejsze, lub większe winy. Odziani w pomarańczowe wdzianka pewnego dnia zostają zaatakowani piorunem. Nie jest żadną tajemnicą, że przeżycie takiego starcia odciska na człowieku pewne piętno. W przypadku naszych bohaterów okazało się, że burzliwa aura obdarzyła ich nadprzyrodzonymi zdolnościami…

Tak mniej więcej rozpoczyna się brytyjski serial o małolatach i dla małolatów. I wierzcie mi – nienawidze  filmów, które noszą chociaż najmniejszą namiastkę sy-f, ale kompozycja  poszczególnych składników sprawiła, że weszłam w to jak w dym.

Po pierwsze – bohaterowie – wycofany nieśmiałek, prześliczna delikatnie mówiąc bezpruderyjna mulatka, bezczelna i agresywna dresiara,  skasowany za narkotyki sportowiec i bezczelny kręconowłoskowaty błazen (bardzo przypominał mi Vince’a z Entourage).

Po drugie – moce – odpowiednio dla wyżej wymienionych: niewidzialność, wywoływanie rozkoszy przez dotyk, słyszenie cudzych myśli, cofanie czasu, … i tej ostatniej nie napiszę, gdyż okazuje się ona dopiero na końcu sezonu.

Po trzecie – zastosowanie mocy – bynajmniej będzie to ratowanie świata, a raczej rozwiązywanie bieżących problemów, spełnianie swoich marzeń oraz przywracania historii na odpowiednie tory.

Po czwarte – język – jest megabrytyjsko. Tak jak bohaterowie pochodzą z różnych środowisk, tak różny jest ich akcent. Największe wyzwanie – laska, która słyszy myśli. Polecam oglądanie bez napisów.

Po piąte – dowcip – no jest tak jeden błazenek, który generuje sytuacje obleśno – humorystyczne z prędkością karabinu maszynowego, ale i cały scenariusz dostarcza wielce zabawnych patentów i rozwiązań z pogranicza montypythona i archiwum x.

Po szóste – muzyka – duuużo dużo dobrej miejskiej muzyki. Nigdy nie zdarzyło się, żeby w jednym serialu leciał Skepta, Skream, The Prodigy, Chase and Status.

I chyba w tym miejscu zakończę. Szkoda tylko, że pierwszy sezon liczył tylko 6 odcinków, ale za to jakich. A odcinek 5, ten z imprezą to istny majstersztyk! Na szczęście już zapowiedziano koledny sezon. Wypatruję z utęsknieniem!

Reklamy


Fish Tank, reż. A. Arnold, 2009, Wlk. Brytania
Luty 20, 2010, 8:02 pm
Filed under: Uncategorized | Tagi: , ,

Myśląc kino brytyjskie, myślę kino społeczne – Ken Loach, Mike Leigh, Lynne Ramsey to tylko niektóre nazwiska, które przychodzą mi do głowy . Ostatnio do panteonu filmowych społeczników w chwale dołączyła Andrea Arnold – no sory, drugi filmi i druga palma, a wcześniej Oscar za krótki metraż- szacuneczek. Pełnometrażowy debiut reżyserski – Red Road to opowieść o rozgrzebywaniu traumy rozgrywająca się w iście big brotherowski sposób na glasgowskim blokowisku. W swoim kolejnym filmie – Fish Tank reżyserka ponownie zabiera nas do świata brytyjskiej klasy mocno średniej, tym razem bohaterką swojej historii ustanawiając 15-letnią Mię.

Wydawałoby się, że Mia to taka brytyjska drecholka.  Chodzi taka po okolicy, pali papierochy, pije co jej wpadnie po rękę a jej kontakty z młodszą siostrą to burzliwa wymiana  inwektyw. Rola matki w wychowaniu Mii ogranicza się do wyganiania jej z mieszkania, lub informowania o tym, że w zasadzie to miała być kiedyś wyskrobana. Pewnego dnia Mia wyjeżdża z główki swojej koleżance ze szkoły, za co zostaje wydalona oraz, ku uciesze matki, oddelegowana do ośrodka dla kłopotliwej młodzieży. Jednak oprócz agresji mia ma jeszcze jedną drogę wyrażania siebie – taniec hip-hop. W swojej sekretnej lokacji sącząc browara Mia tańczy z nadzieją, że taniec pozwoli jej kiedyś wyrwać się z przebrzydłego blokowiska. Akurat tak się składa, że na sklepie znajduje ogłoszenie o poszukiwaniu młodych tancerzy. Początkowo niechętnie, Mia postanawia spróbować, ku czemu gorąco namawia ją Connor – nowy, wyjątkowo sympatyczny facet matki (boski Michael Fassbinder), z którym dość powolnie MIA zaczyna się zaprzyjaźniać…

To jest ten rodzaj filmów, które oglądam z przewrotną przyjemnością. Z przewrotną, bo w tym filmie nie ma praktycznie nic przyjemnego.  Film w całości skomponowany jest w estetyce beznadziei – świat dookoła zaciska się wokół bohaterów, w zasadzie nie ma z niego ucieczki. Bohaterowie zdeterminowani są przez swoje otoczenie i w zasadzie nie dziwi nas to, że są jacy są. Nawet jeśli gdzieś tam pojawi się światełko, możemy być pewni, że za chwile ktoś wyłączy prąd.  Biedna MIA to osoba, która karmiona jest chamstwem, przemocą i nienawiścią i brakiem jakichkolwiek perspektyw. Kiedy w jej życiu pojawia się facet matki, który jako pierwszy uśmiecha się do niej i traktuje po prostu z szacunkiem wydaje się, że może jednak coś się zadzieje, że MIA…  I to jest właśnie ta przewrotność. Skonstruowanie tej narracji nie raz poprowadzi nas w nieoczywistą stronę i zrewiduje nasz pogląd na bohaterów i ich poczynania.

Nie dopatrzyłam się wspomnianych przez kogoś obrazów z wewnątrzkadrowym napięciem. Wydaje mi się, że głównym atutem tego filmu jest doskonała gra aktorów – jeszcze raz boski Michael Fassbender, oczywiście Mia, której odtwórczyni została wychaczona na dworcu, podczas gdy kłóciła się ze swoim chłopakiem; świetna jest matka, ale jeszcze lepsza siostra – młodociany produkt zaniedbania, dziecko i stara w jednym. Wszyscy grają uczciwie, prawdziwie i minimalistycznie – jak trzeba. Dobrze narysowane jest to obłe środowisko – pełne krat, poręczy, piachu, syfu i taniego browca. Plus mimo całego realizmu odnajdziemy w tym obrazie pare udanych metafor.

To nie jest film o zdolnej młodej gniewnej. To celne studium przedwcześnie dojrzałej nastolatki, której środowisko zgotowało ten los…

Myślałam o bdb, ale jakoś tak mi zapadł na pamięci, że posunę się do oceny celującej.  A i życzę, żeby i przy następnym produkcie Andrei palma odbiła.



Mamut, reż. L. Moodysson, 2009, Szwecja/Niemcy/Dania
Luty 16, 2010, 1:19 pm
Filed under: Uncategorized

Naprawdę go lubię. To jeden z moich ulubionych reżyserów. Zapoznałam się z nim przy okazji Fucking Amal – kameralnej powiastki o „poszukiwaniu własnej seksualności” a potem było już tylko lepiej.  Kino wg Lukasa Moodyssona to intymne  światy filmowane wrażliwie i dogłębnie.  Czy to szerzej osadzone w kontekście społecznym (Lilija 4 ever) czy całkowicie zamknięte w czterech ścianach (Dziura w sercu) jego filmy nigdy nie pozostawiają widza obojętnym. No i z niecierpliwością oczekuje się kolejnych, bo każdy to inna, ale zawsze wysoka jakość…

Mamut to historia wielowątkowa w obrębie jednej rodziny. Wchodzimy w ich życie w momencie w którym mąż Tom (Gabriel Garcia Bernal) wyjeżdza w delegację do Tajlandii, podczas której na próbę zostaje wystawiona jego wierność. W tym czasie jego żona – Michelle Williams dzieli czas pomiędzy swoją intensywną pracę w szpitalu a wychowywanie córeczki. Ta jednak chętniej uczy się filipińskiego ze swoją nianią, niż spędza czas ze swoją mamą…

Z tej przeplatanej historii, której styl przyrównuje się do Alejandro Gonzalesa Innaritu wyłania się dość smutny, ale i oczywisty obraz współczesnego świata:  bliskość najbliższej  osoby zastępują nam gadgety,  pogoń za pieniądzem (nawet ta uzasadniona) odsuwa nas od najbliższych,  współczesny świat co chwila wystawia nas na pokuszenie, a my nie mamy w sobie tyle siły aby powiedzieć nie.

To nie jest zły film, jednak muszę przyznać, że przez te wszystkie lata Moodysson przyzwyczaił mnie do kina dużo bardziej kameralnego ale też dogłębniejszego.  Może i , jak pisze Pallas Hynek w „Nowym Kinie Szwedzkim” twórca dzięki większemu budżetowi osiągnał lepszą ostrość obrazu, jednak niestety nie skorelowało się to z ostrością obserwacyjno – analityczną. Żeby nie było – nie jest źle, ale nie jest to nic, czego nei bylibyśmy sami świadomi.

Póki co daję 4 i czekam na coś odkrywczego.



Lagerfeld vs Valentino, Valentino vs Lagerfeld
Luty 1, 2010, 9:53 pm
Filed under: Uncategorized

Lagerfeld Confidential, reż. R. Marconi, 2007, Francja

Lagerfeld to taki typ, którego raczej się nie lubi. Ten sfrancuszczony Niemiec ukrywa spojrzenie za ciężkimi okularami, ubiera się ciągle tak samo, a do tego jest ortodoksyjnym wielbicielem chudości na wybiegu.  No wiec jeżeli myślałam, że może po tym filmie zmieni się moje podejście do tego modowego wizjonera, to nic takiego się nie stało.

Przez jakiś okres czasu poruszamy się z kamerą za mistrzem – jest jakiś pokaz mody, wizyta w posiadłości, ze 2 projekty sukienek na papierze, ze trzy sesje w jego wykonaniu no i oczywiście wywiad z rożnych foteli i kanap.  Kiepskie pytania ratuje tylko zadęcie i parcie głównego aktora. O dokumentaliście nie świadczy dobrze fakt, że ma problem z zadaniem najoczywistszego pytania o preferencje seksualne Lagerfelda. Heloł, jesteśmy w świecie mody!

Co ciekawego? Szuflady wypchane białymi stójkami jednorazowego użytku, całe tace pierścieni do ozdoby rąk,  praca z modelami – nie wiedziałam, że Lagerfeld sam jest fotografem; to jego uwielbienie i odarcie świata mody z jakiejkolwiek bajkowości – to okrutna branża, gdzie człowiek musi dostosować się do reguł.

Oj nie polubiłam ci ja Lagerfelda, ale za to…

Valentino: The Last Emperor, reż. M. Tyrnauer, 2008

A to z kolei dokument z prawdziwego zdarzenia. Nakręcony w dobrym momencie – końcowa faza zdjęć zbiegła się z obchodami 45-lecia pracy Valentino Garavani, ale film bynajmniej na nich nie poprzestaje.

Podstawowa różnica między Valentino a Lagerfeldem jest taka, że Valentino jest Włochem. I sam ten fakt bardzo rzutuje na cały film. Jest głośno, nastroje zmieniają się w przeciągu sekundy, lecą wyzwiska, krawcowe zrywają sukienki z manekinów, nie odzywają się do siebie, a jeśli gdzieś tam pojawia się radość, to też i łzy i wzruszenie. No dzieje,  się dzieje!

Sam Valentino jest uroczy. Chwiejny i skupiony na sobie, żyjący sobie gdzieś tam na innej planecie, nieświadomy całego nakładu sił idącego na widowiska dla jego kreacji. Mimo swoich ponad 70ciu lat – bardzo żywotny, ale i emocjonalny. Rozbrajające są momenty, w których płacze podczas własnych przemówień, albo kiedy wprost mówi do swojego partnera Giancarlo Giamettiego, że to dla niego jest ta kamera i jak nie będą go filmować, to on zrywa zdjęcia 🙂 Zresztą reżyser filmu umniejszył tradycyjną formę wywiadu na rzecz rzetelnej rejestracji tego co się dzieje dookoła niego – także pośrednio będziemy się przyglądać wywiadom, które inne media przeprowadzają z kreatorem. Plus jeszcze ta kamera jest naprawde wszędobylska – czasami nie zniesienia dla samego Valentino. God job, boys!

Pisząc o partnerze Valentina, to warto zaznaczyć, że jest to równorzędna pierwszoplanowa postać tego filmu. Giancarlo Giametti – cień Valentino, który od ponad 40lat wspiera swojego wspólnika/partnera/kochanka w spełnianiu jego twórczych wizji i po prostu byciu przy nim. Coś niebywałego, biorąc pod uwagę osobę, z którą musi się na codzień zmierzać.

Ten film pokarze wam modowy świat w niemal każdym aspekcie – pokazy mody i przygotowania do nich, proces powstania przecudnej sukni, przedpremierowe mini-pokazy w gabinecie projektanta, przyjęcia z najbardziej wpływowymi tego świata, kawał historii – Valentino ubierał i Audrey Hepburn i Jackie Onassis. Poznacie całą masę bliższych lub dalszych pracowników Valentina i gwarantuje wam – nie znudzicie się tym filmem ani przez sekunde, a wzruszenie będzie się mieszać z naprzemiennym rechotem.  I te pięć mopsów… :))