Greckichorzaczynaspiewac's Blog


Wielcy malarze współcześni.
Listopad 24, 2009, 10:38 pm
Filed under: Uncategorized

Przyznaję – jestem na bakier. Toteż z entuzjazmem przjmuje przylatujące skąd inąd tytuły w celach zapoznawczych.  Zwłaszcza, że wiadomo jakie to są historie. Dużo emocji, twórczego szału, ciekawych postaci – schemacik. Ostatnimi czasy miałam przyjemność obcować z:

Basqiat – Taniec ze śmiercią, reż. J. Schnabel , 1996, USA

Opowieść o Jean Michellu Basquiacie to solidny kameralny filmik, nakręcony nota bene przez innego malarza.  Poznajemy w nim drogę, jaką przebył malarz – pełną wzlotów i upadków – standardowo 🙂 Za bardzo po łebkach ta droga. Ale niech tam. Co zwróciło moją uwagę w tym filmie, to ilość wielkich aktorów którzy pojawiają się w tak drobnych epizodach. Mam więc:  Vincenta Gallo, który tylko siedzi przy stole, Curtney Love – którą zobaczywszy  juz ostrzyłam zęby na gorący wątek romansowy -a tu dupa, mamy Dennisa Hoppera w roli dziwnego marchanda, mamy Gary Oldmana, który gra bez cienia swoich możliwości i w tym momencie już może nie pomnę wszystkich innych lae wierzcie mi, jest ich trochę. A, no i jakże mogłabym pominąć Andriejkę Warholkę w wykonaniu Davida Bowiego – Bowie dobrze robi filmom.  Ładnie i potetycko jest momentami – trafiła do mnie ostatnia historia królewicza o wydźwięku mniej więcej takim: jeżeli ty tłuczesz głową w ściane, a inni biorą to za piękną melodię – czas stąd spadać… No i te fale za budynkiem… Do tego dostalo sie po łbie środowisku – nadętym bufonom, właścicielom, galerianom i galeriankom, którzy przemielą cię i połkną a potem powieszą u siebie na ścianie.

Nie jest to nie wiadomo co.  Ale też nie jest to złe. Na pewno zachęcajace do poznania tej ciekawej postaci bardziej. Bo faktycznie ujmujący był to człowiek według filmu –  chodzący z luźną gumą, uroczy i introwertyczny, trochę szastający swoimi umiejętnościami.

4+

 

 

Serafine, reż. M. Provost, 2008, Belgia/Francja

A tutaj z innej beczki o malarstwie naiwnym, czy też poprawniej o nowoczesnym prymitywizmie.

Seraphina jest gospodynią domową, która po godzinach maluje kwiaty.  Szczęśliwym zbiegiem okoliczności maluje te kwiaty w okolicy swojego pracodawcy, który jest uznanym mecenasem sztuki no i prędzej czy poźniej natrafia na te skarby. Tak zaczyna się kariera, trochę opóźniona przez wojnę.  Kariera niesie za sobą zachłyśnięcie się sukcesem, a jego konsekwencją z kolei jest odpływ w stronę szaleństwa. Ot i cała historia.

W tej opowieści ujęło mnie przedstawienie procesu malowania jako sztuki magicznej. Jako że Serafina nie miała pieniędzy (na początku) na farby, kombinowała jak tylko się dało z ogólnodostępnych składników – a to trochę wosku z kościoła, a to trochę krwi – niczym w średniowieczu. Oprócz dramatycznej i smutnej końcówki film był całkiem zabawny.  Główna bohaterka – (Zosia, z którą byłam w kinie – uzmysłowiła mi, iż grała wcześniej właścicielkę kamienicy w Amelli ) dała radę odegrać grubo ciosaną babę o wrażliwym sercu.

Czy coś jeszcze? Ocena: 4+. Za humor.

 

Reklamy


Mysterious Skin, reż. G. Araki, 2004, Holandia/USA
Listopad 24, 2009, 9:57 pm
Filed under: Uncategorized

Pewnego halloweenowego wieczoru jeden chłopiec traci świadomość na 5 godzin.  Przez kolejne lata usiluje dociec, co się mogło wydarzyć i w drodze swojej dedukcji wnioskuje, że najprawdopodobniej został porwany przez ufo. Jedymi rzeczami, które pamięta z tego wieczoru to wyciągającą się ku niemu rękę oraz małego chłopaczka… Owy chłopaczek – Neil –  jako mały chłopiec był kochankiem trenera lokalnej drużyny baseballowej. Obecnie jego życie polega głównie na robijaniu się na dzielni, uprawianiu aktywnego seksu ze starszymi facetami i ładowaniu w siebie przeróżnego rodzaju narkotyków.  To Neil może rozwiązać zagadkę listopadowej nocy, ale dwójka chłopców jakoś nie możę się ze sobą spotkać…

Taki to całkiem sobie film. Niby jest ok, ale czuć gdzieś tam w powietrzu smrodek klasy b. Czy to ci aktorzy, czy ogólnie reżyseria – trudno mi powiedzieć. Jedyne co ciekawe, to dość odważnie poruszony temat wykorzystywania seksualnego, ale nie w sposób sztampowy.   Nie będzie spoilerem, bo to oczywiście wiadomo od początku co kryje się za porwaniem ufo, a co nazywa sie wyparciem. Najbardziej ciekawe jest to, że film pokazuje świadomy romans małoletniego chłopca i dojrzałego mężczyzny.  Dość niespotykane. Małgosia mówi, że dla niej poetycki film. Ustalilysmy, że to pewnie przez scenę ze spadającymi płatkami kukrydzianymi 🙂  Co jeszcze? Fajnei było zobaczyć Josepha Gordona Levitta gdzieś indziej niż w 3 planecie od słońca. No i jakoś mi on tak bardzo Heatha Ledgera przypominał…

Film na 4.

 



Kobieta, która nie umie ogladać adaptacji, reż. N.A. Oplev, 2009, Dania/Szwecja
Listopad 23, 2009, 8:05 pm
Filed under: Uncategorized

No po prostu nie mogę. Nie potrafię wymazać z pamięci historii książki, której 400 stron przeczytałam w jedno popołudnie. Nie, żeby coś wybitnego – ale na pewno masakrycznie wciągające czytadło.   Nie potrafię pogodzić się z wycięciem niektórych wątków i spłyceniem bohaterów. Nienawidze, kiedy po pół godziny filmu jesteśmy na 500setnej stronie książki. Nie cierpie, kiedy w pierwszej części zdradza się szczegóły części następnych. Szlag trafia napięcie i oczekiwanie. No nie potrafie pójść kompromis w tej materii…

„Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to najświeższy towar eksportowy szwedzkiej kinematografii. Skąd inąd ciepło przyjęty przez widzów poza granicami swojej ojczyzny. Historia książkowa opowiada o Michalelu Bloomkviście, który jest dziennikarzem poczytnej gazety Millenium. Kalle Bloomkvist na podstawie niepewnych źródeł demaskuje pewnego businessmana – nieskutecznie.  W wyniku procesu sąd skazuje go na pobyt w więzieniu. A i kariera dziennikarska zawisa pod znakiem zapytania. Niespodziewanie do Michela zglasza sie pewien jegomosc, ktory oferuje mu dostarczenie danych które pomogą mu ponownie zdemaskować swojego wroga. Bloomkvist w zamian ma rozwiązać zagadkę zniknięcia kuzynki mężczyzny, która zginęła 40 lat temu.  W trakcie śledztwa Michaelovi zaczyna pomagać niezwykłą dziewczyna: ubezwłasnowolniona hakerka – mistrzyni researchu…

Nie potrafie napisać o filmie jako takim. Nie mogę sie zdystansować. Formalnie przyzwoicie i na szczescie po Szwedzku i przez Szwedów. A czy historia – ocenita sami. Ale najpierw koniecznie przeczytajcie książkę.

 



Radio na fali, reż. R. Curtis, 2009, Francja/Niemcy/Wlk. Brytania/ USA
Listopad 12, 2009, 5:41 am
Filed under: Uncategorized

Leciałam sobie samolotem.  Po mojej prawicy siedzial małżonek, po lewej zaś starszawy japończyk. Podróż 7290596.3miała trwać kilka godzin. Nie ma co, trzeba coś szarpnąć. W pierwszą strone poszedł Kac Vegas – calkiem, ale w sumie dość sztampowo. Co teraz? Na pewno nie Star Trek i Anioły i Demony. O! Jest radio Łódź! Małgosia mówiła o nim, że całkiem fajne to może być. A niech tam. Co mam w sumie do stracenia. Za pół godziny starszawy jegomość o skośnych oczach (lecący do Helsinek na konferencje o energooszczednych budynkach) śmiał się powściągliwie widząc mnie wzruszającą się i wierzgającą nogami ze szczęścia na przemian.

Radio Łódź to utopia. Na łodzi, na morzu żyje sobie kilku facetów i lesbijka. Kobiety nie maja prawa wstepu (tylko w weekendy). W oparach dobrej muzyki i nie tylko tych kilku facetów rozgrzewa do czerwoności swoich słuchaczy.  Na łódź trafia nieopierzony młodzian, którego matka chce nauczyć dyscypliny.  Żeby nie było jednak bezstresowo, na kontynencie a raczej wyspie obrońcy moralności  – podli urzędnicy chcą zamknąć radio.

Nie wiedzialam, ze to film TEGO kolesia. Dopiero potem mi Małgosia dopowiedziała. Kończąc oglądać ten film, pomyślałam sobie, że ma w sobie coś z ducha tych kameralnych, zamkniętych w przyjacielskim sosie komedii a la Cztery wesela, czy też To właśnie miłość. To chyba najlepsza charakterystyka. Do tego wspaniali aktorzy (patrz zdjęcie).  I wzruszające momenty. I zabawne momenty. I ta muzyka komentująca wszystko. Te stare hity, które kiedyś i nadal tak wiele znaczą. To także refleksja – męski świat jest prosty i poukladany – kobiety psują wszystko (nie mam żalu 🙂  ). No kurcze ma moc potężną ten film.

W sumie to ta komedia ląduje na drugim miejscu zaraz po „Jajach w tropikach” na liście moich ulubionych śmiechowych.  Za pare momentów takich w zasadzie drobno przegiętych dam 5+.  Niechaj Jaja nie czują się zagrożone.

 



4:30, reż. Royston Tan, 2005, Singapur
Listopad 9, 2009, 10:21 pm
Filed under: Uncategorized

O 4:30 każdego poranka do pokoju mężczyzny zakrada się mały chłopak. Chłopiec na paluszkach penetruje7136454.3 pokój i zbiera artefakty związane ze śpiącym mężczyzną.  Raz jest to pukiel jego włosów, raz robi sobie z nim zdjęcie.  Wszystkie te pamiatki chlopiec wkleja do zeszytu i opatruje stosowną datą. Kim jest mężczyzna, nie wiemy. Pewnym natomiast jest, że facet rozstał się ze swoją kobietą i pragnie popełnić samobójstwo…

Po brawurowym „15” spodziewałam się czegoś w rytmie 150bpm. A tymczasem przytrafiła mi się subtelna i piękna opowieść o niczym innym jak tęsknocie za drugim człowiekiem,  potrzebie autorytetu i braku tej najpotrzebniejszej miłości od najblizszych osób. Wszystko w tym filmie toczy się leniwie,  z pewnego rodzaju suspensem. Odnajdziemy charakterystyczne dla kina dalekowschodniego sceny z życia wzięte i przedstawione tak jak to jest na prawde – od początku do końca, bez dynamizujacego ciecia – u know what I mean.

5+ i do nastenego Roystona przystąp!