Greckichorzaczynaspiewac's Blog


15, reż. R. Tan, 2003, Chiny
Sierpień 23, 2009, 8:43 pm
Filed under: ze movies | Tagi: , , ,

Raz na jakiś czas dopada mnie strach następującej treści: co, jeśli obejrzałam już wszystkie najciekawsze filmy (swoją drogą – zuchwała to obawa);  wszak ten worek kiedyś musi się opróżnić…  No i odpalam wtedy kompa z15 najświeższym kontentem i rozganiam wszelkie strachy…

15 to tak jakby Larry Clark*  zrobił film transgresyjny, który następnie zostałby zmontowany jak teledysk i dołożono mu modną grafikę. Są gówniarze, jest przemoc, jest seks, są narkotyki – jest na wskroś azjatycko.  Są surrealistyczne samobójcze rozkminki i niejasne seksualnie relacje między bohaterami.  Ogląda się to z rozdziawioną gębą. Fakt – jest to efekciarskie, ale w jakim stylu!!  To taki może nie całkiem nowy, ale jakże oryginalny rodzaj opowiadania – reżysersko mistrzowsko poprowadzone – troche jak  Zła krew Caraxa, ale trochę w bardziej chory sposób.

To taki film, który ma się ochotę wypalić na płytkę i rozdać najbliższym znajomym, bo to się kinem interesują. Bez kitu – jedna z najbardziej oryginalnych rzeczy jakie widziałam ostatnio. Brawo Royston!

6 za ogólną podjarkę i za nawiązanie nowej bardzo ciekawej znajomości 😉 hehehehehe

Na jutubie nie ma trailera w dobrej jakości – więc wstawiam pierwszą część filmu, który można w całości obejrzeć na youtube tyle, że bez napisów.

*Larry Clark to ten typ, co nakręcił Dzieciaki, Ken Park, Bully i wiele innych gorzkich filmów o młodzieży. Sprawdźcie go – polecam.

Reklamy


The Ramen Girl, reż. R. A. Ackerman, 2008, USA
Sierpień 22, 2009, 2:47 pm
Filed under: Uncategorized | Tagi: , ,

Dobra zupa dobra na wszystko. Wiem o tym ja, wie o tym Ela, wie o tym Małgosia, wie o tym CNE i Maciek i cała reszta którzy przemierzają obskurne stoiska stadionowe aby zaznać wietnamskiego przysmaku, który ramenjak mówi Małgosia – potrafi ukoić duszę, a świat po nim wydaje sie być lepszy. Bo umówmy się – dobra zupa to balsam dla strudzonego człowieka w plątaninie problemów codziennego świata.

Abby problemów nie brakuje. Bidulka przyjechała rozkosznie do Tokyo, do swojego chłopaka a ten, miast cieszyć sie narzeczoną na obczyźnie zostawia ją brutalnie samą w japońskiej stolicy. Załamana dziewczyna spogląda przez okno i nagle palec boski  w postaci podmuchu wiatru otwiera przed nią drzwi do baru, w którym sprzedaje się zupę Ramen. Abby wie, że tylko tam będzie w stanie zaznać spokoju.  Z determinacją potężną niczym japoński przemysł porno postanawia poznać wszelkie tajniki sporządzania osławionej japońskiej zupy. Nie będzie łatwo! Blondynka przejdzie nie jedną walkę z zacietrzewionym właścicielem przybytku, który popija zbyt duże ilości bursztynowego alkoholu.  Bo nie wystarczy opanować technikę, aby zupa zyskała smak.  Głównym składnikiem ramen, jest serce…

Proszę Państwa. Nie pchajmy się do kuchni, jak nie umiemy gotować. Nie pchajmy się do robienia filmów, jeżeli nie mamy pojęcia o ich kręceniu. Ten film mógłby być genialnym pastiszem filmów o gotowaniu,  o przełamywaniu barier, o pokonywaniu własnych słabości i wielu innych uniwersalnych prawd. Niestety jest to zrobiony na poważnie film, w którym usłyszymy zdania typu: Mistrzu, spróbujesz mojego rosołu? (wypowiadane z pietyzmem i łzami w oczach). Albo będziemy obserwować zmysłowe momenty z trzech planów nalewania wcześniej wspomnianego rosołu do miski… Ostrzegam przed Brittany Murphy – Bóg mi świadkiem – mam słabość do dziewczyny.  Urzeka mnie jej styl grania przećpanej neurotycznej kobietki z łamiącym się i zachrypniętym głosem. Po tym filmie, mam ochotę pobiec na Halę Mirowską, wykupić wszystkie Maliny i wysłać je Brittany za ocean. Abstrahuje od tego, że w zasadzie przez pierwsze 30 minut głównie zastanawiałam się, czy to ona, czy to może jednak nie ona. Z tą chudością jakoś jej mniej do twarzy.

Co mnie podkusiło, by ściągnąć a potem obejrzeć ten film? Nie wiem, może ten ramen, może to że za kilka tygodni sami będziemy kosztować tej zupy w oryginale, może dla tego że filmy o jedzeniu bywają fajne (zobaczcie kompletnie nieznane Przepiórki w płatkach róży).  W sumie nie żałuję, że doszło do projekcji – ubawiłam się świetnie, bo takiej żenady na ekranie nie widziałąm już bardzo bardzo długo.



Happy-go-Lucky, reż. M. Leigh, 2008, Wlk. Brytania
Sierpień 4, 2009, 8:15 pm
Filed under: ze movies | Tagi: ,

Film o kursie prawa jazdy to jednak dla mnie za troche mało.



Berlin calling, reż. H. Stohr, 2008, Niemcy
Sierpień 4, 2009, 8:30 am
Filed under: ze movies | Tagi: , , , , ,

Filmów o tematyce klubowej jak na lekarstwo.  No bo co: mistrzem gatunku (jeżeli można o takowym mówić) pozostaje  zrodzony w okresie clubbingowego boomu Human Traffic.  Są gdzieś tam jeszcze It’s all 7257391.3gone  Pete Tong z Pete Tongiem, i prze-beznadziejny Groove z epizodyczną rolą Johna Digweeta. Jest parę całkiem udanych dokumentów i to tyle.  No więc jak w serwisach o muzie elektronicznej pojawiła sie informacja, że:

a) wchodzi iście klubowy film o perypetiach pewnego Dj-a

b) Dj-a będzie grał doskonały producent – Paul Kalkbrenner

c) tenże także skomponował muzykę do obrazu,to umówmy się i bez zbędnych eufemizmów – obsrałam się ze szczęścia.  No i jest kupa, ale nie w tym miejscu w którym się spodziewałam…

Icka to Dj Ickarus.  Człowiek generalnie lubi sobie wciągnąć. Preferuje koks, ale nie pogardzi innymi narkotykami. Grywa na imprezach, usiłuje dopiąć swoją płytę, ale generalnie mamy wrażenie, że większość jego dnia kręci się wokół tego, żeby znaleźć gdzieś coś żeby… Na pewnej imprezie dostaje – wyjątkowo parszywą mieszankę MDMA/ ketaminy i innych odurzaczy.  Wykręca go na maksa – rano zostaje znaleziony w restauracji gdzie babrze się w papce z płatków i jogurtu. Narzeczona umieszcza go na specyficznym oddziale psychiatrycznym, gdzie dochodzą do siebie ludzie, którym coś się odkleiło na skutek… W trakcie terapii okazuje się, że Icka idąc po białych ścieżkach zawędrował prosto do świata schizofrenii. A jak ma się udać leczenie, skoro pacjent cały czas myśli o tym, co by tu…

Obejrzane. Rozczarowane. Bo wbrew reklamom i całemu hype’owi film o muzie klubowej to to żaden. Jakby z tego wynika całe moje rozczarowanie – muzyka w tym filmie, to tylko pretekst do ostrej zabawy. Nasz bohater – producent – to zwykły cwaniaczyna, w oczach rodziny nieudacznik (scena u ojca). Robi muzę, ale nie wiadomo skąd ona się mu bierze – patrząc na niego, raczej nie posądzilibyście go o jakąkolwiek wrażliwość. Muzyce odebrano całą swoją moc, a umówmy się IDMy, techno czy inne berlińskie brzmienia to nie jest zwykła łupanina – przynajmniej w moich odczuciach.  Tak jak Trainspotting, czy Human Traffic gloryfikował muzykę – nadawał jej wręcz metafizyczny wymiar, tak tutaj jest po prostu klub, są w nim dje, są ludzie i wizuale. I narkotyki. I seks w kiblu. I nic. A przecież samym montażem można było zrobić cuda z sekwencji parkietowych – bez zbędnych gadek i ideologii na silę… Wpuścić trochę magii do zaprezentowania tego berlińskiego światka klubowego. Zwłaszcza, że nawet ciekawe miejscówki zostały wybrane – bardzo mi się podobał klub w jakiejś szopie nad kanałkiem, w którym mimo pory dnia toczyły się imprezy. Nawet świetny soundtrack autorstwa Kalkbrennera ginie w tym wszystkim – mimo całkiem przyzwoitych zdjęć. Scena z „Gebrunn, gebrunn” jeszcze jako tako, ale bez oczekiwanej intensywności. Zresztą całego tego soundtracku o wiele lepiej  słucha się tego w winampie niż w samym filmie.

Paul Kalkbrenner także mnie nie przekonał swoją grą aktorską. Widać to zwłaszcza w momentach, w których udaje różne loty. A i motywacje odgrywanego przez niego bohatera dla mnie są nie jasne. Wszystko sztucznie udramatyzowane, na potrzeby scenariusza – żeby coś się zadziało. Rozumie ktoś te scene, w której dochodzi do zainicjowania trójkąta z nową dziewczyną byłej dziewczyny? A pokazanie wytwórni? Martwego miejsca,  bez ludzi, z gadającą non stop przez telefon i po angielsku szefową. Nie chce mi się wierzyć że to tak wygląda.  Szpital jako tako się broni, choć nie leży mi pokazanie innych ludzi na oddziale – groteskowych postaci, zgrzyta to jakoś.  Jest masa wtórnych akcji – w metrze jak z „Kontrolerów”, na oddziale jak z „Lotu nad kukułczym” ale o ile gorsze to wszystko. Pcha mi się na palce słowo żałosne…

W zasadzie to samą mnie dziwi to, jak źle odebrałam ten film. A przecież chciałam dobrze. Ale umówmy się – film o kulturze klubowej to żaden, a jeżeli będziemy ten film rozpatrywać w kategorii, jak to ktoś powiedział, „filmu o staczaniu się” – to lepiej obejrzeć inne, o wiele bardziej udanie zrealizowane, nawet niszowe filmy (odsyłam do rewelacyjnego australijskiego „Candy” z ś.p. Heathem Ledgerem).  Tyle.

Zdecydowanie poniżej oczekiwań. 2.