Greckichorzaczynaspiewac's Blog


Mroczny przedmiot pożądania, reż. L. Bunuel, 1977, Francja/Hiszpania
Lipiec 29, 2009, 11:27 am
Filed under: Uncategorized

Pewien jegomość w obliczu zagrożenia terrorystycznego chcę czym prędzej opuścić Sewillę. Gdy wsiada do pociągu na peronie pojawia się atrakcyjna niewiasta, która wzbudza w mężczyźnie gniewne uczucia, które zmroczny przedmiot kolei doprowadzaja do tego, iż wylewa on na jej głowę wiadro wody krzycząc aby zostawiła go w spokoju. Po tym incydencie,  kiedy uspokojony mości się na swoim miejscu w przedziale Mathieu zaczyna snuć opowieść, która zmierza do wyjaśnienia tego peronowego incydentu…

Jeżeli każdy z filmów Bunuela traktujemy jako sen, to ten film jest snem mężczyzny którzy marzy o posiąściu kobiety, ale zawsze kiedy jest u celu dzieje się coś co odciąga zaznanie chwili rozkoszy. Znacie to na pewno ze swoich marzeń. Do tego to film o manipulacji i wyzysku jaki moze zgotowac kobieta naiwnemu i zafascynowanemu nią męzczyznie.

No i co tu wiecej mozna napisać o takim klasyku.  Może pozwolę sobie dać radę samego Mistrza, aby nie racjonalizować jego filmów. Jestem w trakcie czytania jego wspomnień i wierzcie mi, że wiele tropów które podczas oglądania tego filmu (choćby np. ten z lnianym workiem, który pojawia się na plecach i w rękach różnych osób) może się wydawać żę coś znaczą, jest  po prostu surrealistycznymi pomysłami kończącymi się slepą uliczką.

Mistrzowi za całokształt 6 🙂

Reklamy


I’m a cybort, but that’s ok; reż. P. Chan-wook, 2006, Korea Płd.
Lipiec 29, 2009, 10:47 am
Filed under: Uncategorized

Bycie cyborgiem pośród ludzi to ciężka sprawa. Mało kto Cie rozumie. Nawet włąsna matka karze Ci siedzieć cicho i nie przyznawać do tego kim jesteś. Nikt nie rozumie, że cyborg musi sie podładować. Kiedy jest I'm a cyborg, but that's oknaładowany paznokcie u prawej stopy świecą się na kolorowo…

Young-goon jest Cyborgiem.  Chcac podładować swoje akumulatory rozcina swoją rękę i wkłada tam kable. Tego już za wiele – ląduje w szpitalu psychiatrycznym.  Tam będąc na skraju śmierci głodowej – bo kto sie domysli, że cyborgi żywią się kiszoną rzodkiewką – poznaje pewnego chłopaka, który jest królikiem.

Piękna to cyber-bajka jest. Widząc nazwisko Chan-wooka w czołówce nie spodziewałam się tak tkliwej, śmiesznej a zarazem przepięknej opowieści o wyobcowaniu, samotności i zrozumieniu.  A to wszystko w miejscu, które oglądamy oczami jego pacjentów. Będzie zatem delikatnie psychodelicznie. Oczywiście nie zabraknie okazji do śmiechu – ku pokrzepieniu. Całość dopełnia rewelacyjna realizacja pełna udanych efektów specjalnych.

5 jak nic.

ps. z kina wschodniego, dziejacego sie takze w szpitalu psychiatrycznym goraco polecam japoński Picnic.  troche ciezej, ale rownie ciekawie.



Kurt & Courtney, reż. N. Brooomfield, 1998, Wlk. Brytania
Lipiec 25, 2009, 10:00 am
Filed under: Uncategorized

Zawsze jak odejdzie ktoś sławny, a jeszcze w sile wieku, lud nie mogąc sie pogodzic z utratą ikony zaczyna dorabiać teorie spiskowe.  Elvis żyje, Jacko został zamordowany, a samobójstwo Kurta Cobaina to na pewnokurt nie było samobójstwo…

Nick Broomfield, w 4 lata po jego śmierci, ma nakręcić dokument o Kurcie Cobainie.W tym celu brytyjczyk udaje się do stanu Waszyngton, aby zebrać materiały o przedwcześnie zmarłym idolu.  W trakcie prowadzenia dokumentacji napotyka na osoby, które twierdzą, iż samobójstwo Kurta to tak naprawdę skrzętnie ukartowana intryga, celem której Courtney Love miała zdobyć pełnie władzy nad majątkiem męża…

Muszę powiedzieć, że to bardzo dobry dokument. Film, który początkowo miał być rzetelną biografią Cobaina zamienia się w dochodzenie na temat prawdziwości tezy: co by było, gdyby to jednak nie było samobójstwo. Jednocześnie obserwujemy, jak produkcja, która początkowo miała być wspierana przez Mtv na skutek nacisku pewnych osób zostaje pozbawiona środków i jest skazana na niepowodzenie – czyżby ktoś węszył za bardzo?

Jednak rzeczą, która najbardziej podobała mi się w tym filmie jest to, iż ten dokument to galeria niesamowitych postaci.  Będzie niesamowicie pozytywna ciotka Kurta,  dziewczyna, która utrzymuje że ćpała z Kurtem, ale nie ma dowodów na to, że tak było; jest śledczy, który próbuje udowodnić tezę o zabójstwie Kurta; jest El Duce -który niby miał dostać od Courtney 50,000 dolców za sprzątnięcie Kurta; są dziwni paparazzi; jest przećpana była opiekunka córeczki Kurta. No i jest w końcu ona – królowa śniegu, dumna, władcza Courtney,  której obraz z minuty na minute filmu kształtuje się w chciwą harpię, która nie przebierając w środkach zrobi wszystko, aby mieć władzę i pieniądze.

W tym całym bałaganie jest jeszcze Kurt – poczciwy człowiek, którego przerósł własny sukces. Chwytają za serce archiwalne materiały, w których mówi o byciu ojcem i  tym, że najszczęśliwszy był wtedy, kiedy wyszperał w ciuchlandzie coś fajnego…

Kawał dobrego dokumentu, w którym nie ma ani jednej piosenki Nirvany (Courtney nie pozwolila),  ale i tak możemy zanurzyć się w depresyjnym i sennym Seattle pełną gembą.

Daję 5.



Quills, reż. P. Kaufman, 2001, Niemcy/Usa/Wlk. Brytania
Lipiec 18, 2009, 8:39 am
Filed under: Uncategorized

Markiz de Sade to postać dość maglowana przez kinematografie.  Sama widziałam kilka odsłon przygód tego libertyna, jednak zawsze, że tak napiszę, to nie było to. Aż do zeszłego tygodnia…

Markiz de Sade został uwięziony w szpitalu psychiatrycznym. Pozorna to niewola, gdyż dysponuje wielkim 7152169.3de sadeapartamentem wyposażonym we wszystkie zbedne i niezbedne luksusy. Umieściła go tam wlasna żona, jako że Markiz będąc jakim jest, doczekał się wielu wrogów którzy na wolności szybko ukróciliby mu rozpustną egzystencję…

Mimo, iż oficjalnie wyklęty przez społeczeństwo MArkiz i zza krat potrafi zburzyć spokój ludu. Jego powieści kolportuje na zewnątrz pielęgniarka – Madeleine. Ta z kolei, wplątana jest w uczuciowy trójkąt pomiędzy Markizem, a księdzem – opiekunem całego szpitala…

Wraz z opublikowaniem kolejnej skandalicznej prozy de Sade,  sprawa trafia do najwyższej instancji w państwie francuskim – do Napoleona.  Aby uciszyć niesfornego pisarza decuduje on wysłać swojego zaufanego lekarza dusz, który słynie z wyrafinowanych metod leczenia, np. przez poddatpianie…

Jest po amerykańsku – z przytupem i z dużym budżetem. Sypią się nazwiska: Winslett, Rush, Phoenix, Caine. Mimo tej całej hamerykańskości udało się stworzyć bardzo klimatyczny film o cnych rozkoszach: porządaniu, niespełnieniu i zakazanej miłości.  Na brawa zasługuje dla mnie kreacja szpitala psychiatrycznego – pełnego odmieńców i szaleńców, upchniętego gdzieś w lochach, jednak pozwalającego wystawiać swoim podopiecznym sztuki do tekstów tego, który jest dla swoich mieszkańców trochę jak tykająca bomba – teksty de Sade są zapalnikiem, który w spustoszonych psychikach mieszkańców asylum wskrzesza niebezpieczne instynkty. Majstersztykiem dla mnie jest jedna z ostatnich scen, w których Markiz przedyktowuje swoją powieść przez wszystkich szaleńców z zakładu..

Przede wszystkim jednak jest to film o człowieku, który był dopóty wolny dopóki miał pod ręką cokolwiek do pisania…

Jedyną rzeczą, która tak naprawdę mi może nie tyle przeszkadzała, co jakoś nie wiem jak się do niej ustosunkować to kreacja głównego bohatera – zastanawia mnie jakim czlowiekiem tak na prawde był de Sade. Czy był odrobinę egzaltowanym, teatralnym troche rubasznym erotomanem – tak jak został przedstawiony w tym filmie? Czy może był zblazowanym cynikiem? Nie wiem… Sprawa jest do wyjaśnienia – poczytać jeno trochę trzeba.

Jakby nie było – Quills to kawał zmysłowego, klimatycznego kina, któremu przyznaję 5.



Kino Dalekiego Wschodu, P. Kletkowski
Lipiec 16, 2009, 3:36 pm
Filed under: ze movies

Uwaga, jest ciekawa książka na zakładzie.

„Kino dalekiego wschodu” to przegląd kinematografii: japońskiej, koreańskiej, chińskiej, tajwańskiej, kino_dalekiego_okladka_dhongkońskiej, wietnamskiej. W poszczególnych rozdziałach znajdziemy rys historyczny, najważniejsze tendencje, gatunki i ich przedstawicieli.

Najbardziej wyczerpująco została opisana kinematografia japońska, na której opis składa się kilka podrozdziałów opisujących poszczególnej jej okresy. Kolejne państwa, to solidne rozdziały chronologicznie pokazujące rozwój kultury obrazu na kontynencie azjatyckim.

Bardzo ostrożnie podchodze książek filmoznawczych, gdyż zazwyczaj są one niestrawnym dla mnie jezykiem. Tutaj jest inaczej. Wszystko jest zrozumiale i po bożemu…  Oczywiście książkę traktuje jako drogowskaz do zobaczenia poszczególnych filmów i zapoznania się z danymi reżyserami. Bo umówmy się – nie da sie wyczerpująco omówić poetyki Kim Ki-Duka w 3 akapitach. Niemniej duzo inspiracji na conajmniej kilka sesji z emule 🙂

Na koniec – przegląd kina azjatyckiego w kontekscie filozoficzno – religijnym (konfucjansko – buddyjskim).

Daje 5, bo czemu nie 🙂



Survive style 5+, reż. G. Sekuichi, 2004, Japonia
Lipiec 12, 2009, 7:52 pm
Filed under: Uncategorized

Tytuł polski: Jazda bez trzymanki. Istotnie.

Mamy do czynienia z 5cioma delikatnie  przeplatającymi się historiami:survive

1/ o mężu,  co to własnej żony zabić nie może.

2/o statecznym ojcu rodziny, który na skutek zabójstwa hipnotyzera w trakcie show w którym bierze udział pozostaje kurą

3/ o bandzie trzech włamywaczy, w której jeden ma się ku drugiemu w rytm przeboju „come baby, come come baby”

4/ o pracownicy agencji reklamowej, jej reklamach i inspiracjach

5/ o płatnym mordercy, w tej roli Vinnie Jones, który wciąż zadaje filozoficzne pytanie: „What’s your function in life?”

Jest przezabawnie. Jest surrealistycznie. Jest pomysłowo. Jest filozoficznie i dramatycznie. Jest pięknie i kolorowo.

Pamiętam jak oglądałam ten film pierwszy raz. Nie wierzyłam własnym oczom, że można zrobić coś takiego. Zapomnijmy o jakiejkolwiek sztampie. Ten film jest totalnie odjechany. Muzyka, elementy graficzne, gra aktorów, scenariusz tworzą mega freakowy obraz który jest mieszaniną wszelakich konwencji i gatunków.

Co ciekawe, obejrzałam go po raz trzeci zaraz po projekcji filmu Zoolander, i uderzyło mnie różnica pomiędzy jakby nie było, holywoodzką komedią a jej azjatycką siostrą. W tej pierwszej – scena za sceną, szybki montaż, ciach bach do przodu – tutaj sie dzieje, ale zgoła w inny sposób. Będą powtórzenia, długie ujęcia – jednak mimo wszystko dzieje sie i żre to jak cholera.

5+



Gummo, reż. H.Korine, 1997, USA
Lipiec 4, 2009, 5:39 pm
Filed under: Uncategorized

Gummo oznacza Skrawki. Skrawki oznaczają wiele historii posklejanych w jeden film. Film wyreżyserowant przez Harmony’ego Korine – samozwańczego scenarzyste reżysera, który dał się poznać światu jako twórca gummoscenariusza do filmu Dzieciaki. Korine, to wg mnie obok L. Clarka i Solonza najwybitniejsza postać amerykańskiego kina offowego, a film Gummo to jego debiut reżyserski.

Utrzymany mniej wiecej w konwencji Dogmy (jest pare elementów, które burzą czystość gatunkową) film opowiada nam o mieszkańcach miasteczka Xenia w stanie Ohio. Przewodnikami po tym miescie jest dwójka chłopców, którzy włuczą się po wyniszczonym i brudnym mieście w poszukiwaniu kotów, które mogą następnie sprzedać, w międzyczasie wdychając klej oraz odwiedzając nastolatkę z zespołem downa, którą stręczy własny ojciec.  Równolegle poznajemy innych mieszkańców a wraz z nimi całą beznadzieje, jaka dotknęła nasz ludzki gatunek. Jedynym człowiekiem, który wydaje się być ponad tym całym bagnem, jest chłopiec królik, który raz na jakiś czas pojawia się w filmie…

Ostrzegam – będzie bolało. Jak tak sobie myślę, to film GUMMO to najbrzydszy obraz jaki widziałam kiedykolwiek. Wszystko jest paskudne, brzydkie i nie pozostawia jakiejkolwiek nadziei. Obraz bolesny jest tym bardziej, iż najgorszymi cechami człowieczej natury zostały obdarzone dzieci – bo to o nich głównie ten film i to ich oczami będziemy oglądać tę ponurą rzeczywistość.  Dorośli pojawiają się tylko na chwilę i są kompletnie oderwani od rzeczywistości…

Mimo, iż jest to obraz dość groteskowy, to jednak dla mnie bohaterowie są z krwi i kości. Widziałam ostatnio obraz „Kurt i Courtney”, w którym roiło się od różnorakich kosmicznych ale prawdziwych mieszkańców Seattle, którzy doskonale wpasowaliby się w klimat tego wymyślonego światka.

Skrawki to także odniesienie do  strony formalnej – to hitorie pozlepiane z tradycyjnego zapisu fiabularnego, ale także montażówki nagrań i zdjęć – nie na taką skalę jak w filmie Tarnation, ale równie znamienne. Poza tym jest kamera z ręki, mocna muzyka i zniszczałe lokacje… Aktorzy, mimo iż to głównie naturszczycy są wspaniale prowadzeni i tworzą przekonujący obraz świata który zmierza ku zagładzie…

Mocne to kino, nieprzyjemne, ale doskonałe. I potrzebne, jak to Zbro powiedział. Daje 5.