Greckichorzaczynaspiewac's Blog


Heavenly Creatures, reż. P. Jackson, 1994, Nowa Zelandia/ Niemcy/ Wlk. Brytania
Kwiecień 29, 2009, 6:09 pm
Filed under: Uncategorized

W 1953 społeczeństwem nowozelandzkim wstrząsnęła straszna zbrodnia.  Z rąk swojej córki i jej kolerzanki zginęła kobieta. Film Petera Jacksona pokazuje nam jak doszło do tej tragedii…heavenly-creatures

Pauline jest nieśmiałą i zakompleksioną dziewczynką. W trakcie roku do jej klasy dołącza pewna siebie i światowa Juliet. Dziewczyny szybko się ze sobą zaprzyjaźniają. Spędzając ze sobą każdą wolną chwilę tworzą sobie równoległą rzeczywistość, w której mogą do woli oddawać się swoim fantazjom.  Z czasem ich przyjaźń, ku niezadowoleniu rodziców, przeradza się więź tak mocną, że wszelka próba jej zerwania może zaprowadzić tylko do tragedii…

Film jest świetnym studium małoletniej przyjaźni. Niedostępnej dla nikogo z zewnątrz. Intymnej i zaangażowanej. Reżyser bierze na warsztat historię, która jest tylko przyczynkiem do tego, aby pokazać jak bardzo różnią się dorośli od jeszcze dzieci.  Kiedy rodzice myślą stereotypami, ich dzieci oddają się niewinnym konfabulacjom.

Oczywiście dla filmu nie pozostaje obojętne, że jego reżyserem jest nie kto inny jak Peter Jackson. Filmowi bowiem bliżej do groteski niż do zwyklego dramatu. Gra aktorów jest przerysowana, momentami ociera się aż o infantylizm. Świat przedstawiony jest zaś mieszanką rzeczywistości z wymysłami dziewczyn. Pojawią się zatem ciekawe krajobrazy i lokacje zamieszkiwane przez glinianych ludzi.

Daje 4+. Była by pięć, ale za bardzo mne Winslett, swoją drogą debiutujaca, wnerwiała 😉

Reklamy


Człowiek, który płakał, reż. S. Potter, 2000, Francja/Wlk. Brytania
Kwiecień 29, 2009, 5:15 pm
Filed under: Uncategorized

Lubie sie czasami wzruszyc. Na filmach zdarza mi się to dość żadko, ale czasami się zdarza. Chwytają mnie nieskomplikowane historie o niespełnionych miłościach w wykonaniu aktorów klasy b. Ostatnio także the-man-who-criedchcialam sobie zafundować seans z chusteczkami higienicznymi, więc wybrałam sobie film o wdzięcznym tytule: Człowiek, który płakał. To będzie coś idealnego dla mnie, pomyślałam…

Historia zaczyna się w rosyjskiej wsi zamieszkiwanej przez Żydów w przeddzień ich wysiedlania. Młodziutka żydówka Fengele (w tej roli Christina Ricci)  zostaje opuszczona przez swojego ojca, który jedzie do Ameryki stworzyć swojej rodzinie azyl. Niestety na skutek splotu historii dziewczynka trafia do Anglii do bezdzietnego małżeństwa. Początkowo ma problemy z przystosowaniem do nowego środowiska, jednak trafia na nauczyciela który powoli asymiluje dziecko. Fengele ma jedno marzenie – dotrzeć do USA i odnaleźć swojego ojca.  Chce w tym celu wykorzystać swój talent śpiewacki. Idzie na przesłuchanie, jednak zamiast do Nowego Yorku trafia do Paryża. Tam śpiewając w zespole rewiowym poznaje Lolę  (Cate Blanchett) – atrakcyjną i odważną rosjankę, która chce od życia czegoś więcej niż mieszkania w skromnym pokoiku na poddaszu. Podążając za swoją przyjaciółką Fengele trafia na salony. I o ile Lola za cel bierze sobie uwiedzenie słynnego śpiewaka operowego,o tyle Fengele ulega fascynacji cygańskiemu handlarzowi koni (Johny Depp)… Wszystke plany przyjaciółek może pokrzyżować tylko jedno – wojna.

Od razu napiszę. Nie uroniłam nawet jednej łzy. Powiem więcej – wynudziłam się strasznie. Jakis taki aż za bardzo subtelny ten film. Christina Ricii przez cały czas trwania robiła tylko wielkie, ciągle takie same oczy niewiele się odzywając. Johny Depp tak samo. A nawet jak się już między nimi dzieje, to nie dzieje się tak jakby się myślało że będzie się działo 🙂 Cate Blanchett całkiem spoko zagrała obrotną szansonistkę, jednak jej rola była tak oczywista… Świetny jest John Turturro, który gra zmanierowanego gwiazdora pochodzącego z Włoch. Zakończenie też jakieś takie z dupy za przeproszeniem…

Urzekł mnie natomiast klimat tego filmu. Odrealnione zdjęcia, wysmuskana scenografia sprawiły, że postrzegałam ten film trochę jak bajkę.

Daję 3 +, z czego plus za stronę wizualną.



Kobieta z Wydm, reż. H. Teshigahara, 1961, Japonia
Kwiecień 28, 2009, 4:35 pm
Filed under: ze movies | Tagi: , , , , , ,

Z cyklu: Wielkie Ekranizacje, na podstawie powieści o tym samym tytule autorstwa Kobo Abe.

Pewien entomolog wyprawia się w poszukiwaniu szczególnego rodzaju owada.  Ten żyje akurat w środowisku piaskowym, więc facet przedziera się przez wydmy w poszukiwania robala.suna-no-onna Robi to na tyle długo, że traci poczucie czasu przegapiając ostatni autobus do Tokio. Z pomocą przychodzi mu wieśniak, który proponuje nocleg w wiejskiej chacie. Mężczyzna przystaje na to i ląduje w przedziwnym domku u samotnej kobiety. Domek leży w piaskowym dole, do którego można się dostać jedynie schodząc po drabince w dół. Nazajutrz, przebudziwszy się mężczyzna chce wyruszyć na dalsze poszukiwania. Kiedy chce wydostać się na górę okazuje się, że drabinka została zabrana. Nasz bohater zostaje zamknięty w piaskowym potrzasku…

Rewelacyjny to film. Dramat o człowieku w sytuacji bez wyjścia (dosłownie :). Ciężki, dławiący, przytłaczający niczym piach który sypie się w filmie każdym możliwym otworem.  O wolności, przywiązaniu, niemocy oraz paradoksalnej wolności.  Pełen symboli, przepięknie sfilmowanych symboli dodam.  Jest to także film o namiętności, która rodzi się w niewygodnych okolicznościach. A wszystko to w chateczce, która nieodgrzebywana z piachu może lada chwila się zawalić.

Czytałam książkę. Czułam ten piach na skórze. Czułam duchotę i upał. Przy filmie tak samo.  Historia pokazana jest bardzo wiernie, jedynie zakończenie trochę się zmienia, ale absolutnie trzyma to wszystko poziom.

Generalnie 5+.



Świadome życie, reż. R. Linklater, 2001, USA
Kwiecień 28, 2009, 1:14 pm
Filed under: Uncategorized

Kino gadane. Kino przegadane.  Właściwie to nawet nie film, a traktat filozoficzny – o wszystkim. W kilkunastu, jezeli nie kilkudziesięciu scenach połączonych swobodną i wakingsurrealistyczną wędrówką młodego chłopaka, poznajemy ludzi i ich, że użyje młodzieżowego słowa, rozkminki odnośnie życia, snu, świadomości i wielu wielu innych tematów. Zero fabuły. Dość nieprzystępnie. Ale ciekawie.

Animowany to fim. Ale nie tradycyjnie, tylko nakręcone „po bożemu” a następnie pomalowane. Efekt nieco psychodeliczny. Trzęsące się obrazy i dziwne ludzkie twarze i przejmująco zgrzytająca muzyka.  Jak w „Przez ciemne zwierciadło” – to tego samego reżysera.

Nie mam pomysłu na ocenę. W sumie to zostało mi jeszce 20 minut. Poczekam do tedy 😉



Annie Leibovitz – życie w obiektywie, reż. B. Leibovitz, 2006, USA
Kwiecień 24, 2009, 10:25 am
Filed under: Uncategorized

Annie Leibovitz należy do kanonu wpolczesnych fotografików. Wyspecjalizowała się w portretach celebrytów najwyższej półki. To ona stworzyła ostatnie wspólne zdjęcie Yoko Ono i Johna Lenona na pięćannie-leibovitz godzin przed jego śmiercią. To ona 17 lat temu przełamała tabu pokazywania ciążowej nagości foografując Demi Moore.

Film zabiera nas w podróż przez kariere Annie od jej początków w Rolling Stone po współczesne sesje do filmu „Maria Antonina”. Bardzo dobrze udokumentowany, z mnóstwem archiwalnych materiałów film dociera do istoty fotografowania ludzi. Dowiadujemy się mnóstwa ciekawostek dotyczących poszczególnych sesji, najsłynniejszych zdjęć a także osób fotografowanych. Wśród ludzi wychwalających Annie w filmie zobaczymy: Anne Wintour, Whoopie Goldberg, Hillary Clintonm, Yoko Ono i cały szereg wpływowych osób zza drugiej strony oceanu.

Chcąc nie chcąc ten film, to także bigrafia samej Leibovitz. Opowiada o jej dzieciństwie i oglądaniu świata przez szyby samochodowe z racji ciągłych przeprowadzek. Dowiemy się o jej problemach z narkotykami, które nasiliły się po wyjeździe w trasę ze Stonesami. Poznamy jej wieloletnią miłość Susanne Sontag i wiele innych ciekawych historii.

Świetny to film. Oglądamy pewne zdjęcia,  nie wiedząc jakie hitorie kryją się za nimi. Tutaj poznamy ich mnóstwo. I choć nie dowiemy się szczegółów technicznych, zobaczymy jak patrzy na świat jedna z najwybitniejszych współczesnych fotografek. Jak wnika w środowisko, sprawiając żę ludzie otwierają się przed nią i pozwalają niemalże na wszystko.

Daję 5 oczywiście i czekam na więcej takich dokumentów.



Klasa, reż. L.Cantet, 2008, Francja
Kwiecień 24, 2009, 8:00 am
Filed under: ze movies | Tagi: , , , , , ,

Wierze w Cannes. Oskary to pikuś przy tym, co zawsze serwują nam Francuzi. Dla mnie znaczek „oficjalna selekcja w Cannes” to znak jakości.  Dzieki niemu odkryłam wiele klasafilmów, które w Polsce nigdy nie byly dystrybuowane – nawet te zwycięskie. Idąc szlakiem Cannenskich zwycięzców poznałam między innymi Bruno Dumonta, czy Leosa Caraxa, których twórczość całkowicie mną wstrząsnęła. O nich kiedyś 😉

W zeszłym roku Cannes bezapelacyjnie wygrał film Laurenta Canteta o prostym tytule Klasa. Jest to fabularyzowany dokument, a może nawet paradokument, który przedstawia nam rok z życia pewnej klasy, z pewnego paryskiego liceum w XX dzielnicy. Mamy dwójkę bohaterów – nauczyciela oraz jego klasę, w której bliżej zapoznajemy się z kilkorgiem uczniów.

Ciekawy to film, a właściwie obserwacja uczestnicząca. Oglądamy film, którego akcja dzieje się tylko i wyłącznie na terenie szkoły. Wnikamy w szkolny świat uczestnicząc w lekcjach, psykówkach z nauczycielem, zebraniach rady na których poruszane są kwestie zachowania uczniów ale także zakupu nowego ekspresu do kawy. Chodzimy na wywiadówki i zaglądamy do pracowni komputerowej. Przyglądamy się dramatom na linii nauczyciel – uczeń i odwrotnie. Ale także poznajemy sytuacje dzieciaków, które pochodzą z różnych środowisk, które nierzadko antagonizują w szkolnym środowisku.

To, co bardzo mi się podobało, to fakt iż nikt nie robił z tego filmu opowieści z gatunku „młodzi gniewni”.  Nauczyciel nie jest twardym ideowcem, dzięki któremu zmienia się życie jego uczniów.  Tutaj nauczyciel chce zachęcić swoich wychowankó do samodzielnego myślenia i nie prowadzi lekcji w nudny sposób – jego lekcje to bardziej konwersatoria, w których Francois chce poznać bliżej swoich uczniów. Ale widzimy, iż on sam nie jest idealny i  jego metody można poddać dyskusji. Film wcale nie zmierza ku happy endowi, ani ku sad-andowi. Zmierza ku wakacjom i sali z pustymi krzesłami.

Jako ciekawostkę dopiszę, iż film został zagrany przez prawdziwych uczniów z jednej klasy, przez ich prawdziwych rodziców i prawdziwego nauczyciela. To całkowity powiew świeżości w kinie. Nie jest to rodzaj filmu, który ubóstwiam, niemniej obejrzałam go z uwagą i przyjemnością.  Klasę oceniam na 5.



Vicky Cristina Barcelona, reż. W. Allen, 2008, Hiszpania/USA
Kwiecień 21, 2009, 8:03 pm
Filed under: ze movies | Tagi: , , , , , ,

Woody, ach Woody. Cóżeś mi uczynił… Ale spoko spoko – w niczmyś nie zawinił…

Nie wiem czy jest sens opisywania o czym ten film, bo kazdy na pewno wie. Gdyby nie wiedział, posłużę się wyjątkowo opisem dystrybutora:vicky

Dwie młode Amerykanki, Vicky (Rebecca Hall) i Cristina (Scarlett Johansson) przyjeżdżają na wakacje do Barcelony. Vicky, inteligentna i czuła, ma niedługo wyjść za mąż; otwarta na emocjonalne i seksualne przygody Cristina to jej zupełne przeciwieństwo. Podczas pobytu, obie bohaterki dają się wciągnąć w niekonwencjonalną, romantyczną i seksualną przygodę z Juanem Antonio (Javier Bardem), charyzmatycznym malarzem, uwikłanym w burzliwą i skomplikowaną relację ze swoją byłą żoną, Marią Eleną (Penélope Cruz).
Zanurzony w soczystej zmysłowości Barcelony, „Vicky Cristina Barcelona”, to zabawny, inteligentny film, ukazujący miłość we wszystkich jej przejawach.

A teraz od siebie.

Swietny, uroczy film. Przepełniony słońcem, artyzmem i dzikimi uczuciami. Wszystko mi się w nim podobało.

Podobała mi się historia. O seksie i jego konsekwencjach. O zdradzie i miłości. O przywiązaniu i spontaniczności. O sztuce i Barcelonie. Po prostu, zgrabnie, trafnie, przystępnie.

Podobały mi się zdjęcia. Słoneczna, nasycona barwami Barcelona i jej okolice. Podobno miasto dało kasę Woode’mu na zrealizowanie filmu. U nas co najwyżej Danzel kręci teledysk w Radomiu. Cóż… Jaki kraj, taka promocja. Zresztą już słyszę, że każdy chce w tym roku lecieć do Barcelony. Ja też. Będzie oblężenie. I dobrze.

Podobali mi się akorzy. Obłędny, bezpośredni i bezpruderyjny i szalenie wprost męski Bardem. Scarlett- dobra, choć jej rola zorientowana na mniejsze eksponowanie atutów aktorki niż zazwyczaj. Penelopa – szalona, ponętna, obłędna – choć taką znamy ją już z wielu filmów wcześniej  – Oscar to moim zdaniem nagroda za całokształt ról temperamentnych hiszpanek. Świetna była też Vicky – Rebeca Hall – która w tym filmie, moim zdaniem, była alter ego Allena.

Podobał mi się sposób prowadzenia historii. Surowy, uporządkowany lektor przeprawiający nas przez kolejne etapy hiszpańskiej wyprawy. Taki trochę w starym stylu, ale bardzo na miejscu.

Podobała mi się ta swoista wycieczka – kościoły, stare domy, biblioteki, galerie, hiszpańska gitara, rzeźby, no wszystko…

Podobał mi się ten klimat, słodkiej dekadencji, hedonistycznej bezmyślności, subtelnej rozwiązłości, który potrafi zburzyć spokój człowieka na długo długo i ciągle ożywać w pamięci.

Rozbawiła mnie scena, w której Scarlett wywoływała zdjęcia zrobione uprzednio cyfrakiem.

Błogość, moi mili błogość.  Daję 5+, jako że 6 trzymam na filmy, po których odbiera mi mowę  🙂