Filed under: ze movies | Tagi: dokument, Dorothy, Herb, kolekcjonerzy, konceptualizm, Manhattan, minimalizm, New York, sztuka współczesna, Vogel
Herb i Dorothy Vogelowie to małżeństwo z czterdziestokilkuletnim stażem. Mieszkają w ciasnym mieszkaniu na Manhattanie. Ich mieszkanie jest o tyle niezwykłe, że mieści w sobie jedną z najbogatszych kolekcji
współczesnej sztuki minimalistycznej i konceptualnej. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych ale bardziej około czterdziestu niż osiemdziesięciu Vogelowie zgromadzili 4782 eksponatów sztuki – kolekcję, którą chciały kupić największe galerie i muzea, a której oni nigdy nie chcieli sprzedać.
Herb i Dorothy całe swoje życie poświęcili sztuce. Odkąd się poznali, konsekwentnie i co miesiąc skupowali rysunki, rzeźby, instalacje, szkice, etc. Żeby nie było – nie byli milionerami – Herb pracował na poczcie a Dorohty w bibliotece. Kiedy z jednej pensji zrobili już stosowne opłaty, drugą poświęcali na nabycie współczesnych sobie artystów. Przez lata wyrobili sobie markę ultra – zajawkowiczów, z wielką intuicja i smakiem. Ze swoistym kodeksem: kupujemy rzeczy, które będziemy w stanie przewieźć metrem i wstawić do naszego mieszkania plus przenigdy ich nie sprzedamy.
Ten film, to historia o wielkiej pasji. O sprowadzeniu swojego życia do jednego mianownika. W sposób przyjacielski i otwarty, bez cienia fanatyzmu. Rozczulają widoki, kiedy Ci wiekowi już ludzie chodzą po galeriach ciągle trzymając się za ręce. Do tego są absolutnie normalni, szczerzy i szlachetni. Wyobraźcie sobie – niektóre z dzieł, które trzymają na aukcji osiągnęłyby horrendalne kwoty. Mogliby mieć wielką rezydencję i specjalne magazyny na swoją kolekcję. Jednak nie – oni woleli trzymać ją w absolutnym komplecie, pozawijać w ręczniki (żeby niektóre obrazy nie niszczały), pochować pod łożko, do teczek – aby tylko mieć świadomość, że to jest i że można po to sięgnąć w każdej chwili. Pieniądze nie miały dla nich żadnego znaczenia.
Pewnego dnia do ich legendarnego mieszkania zajrzał kurator z muzeum sztuki nowoczesnej. Zatrwożył go widok tych tysięcy eksponatów ściśniętych wręcz upchanych (ale zawsze z należytym szacunkiem) w bliskiej obecności akwarium. Co jeśli ono kiedyś pęknie? Wilgoć zje pokolenia nowojorskiej twórczości. Co jeżeli w budynku wybuchnie pożar? Herb i Dorothy otrzymali propozycje przekazania swojej kolekcji do muzeum, ażeby mogła spoczywać w odpowiednich warunkach i cieszyć oko innych. Tym razem się zgodzili – mieli sentyment do tego miejsca plus bardzo podobała im się idea wolnego dostępu – bez biletów, każdy mógł obcować ze sztuką współczesną. Rozpoczął sie dłuuuugi proces przeprowadzki – obliczona na kilka dni – przeszła w tygodnie. Okazało się, że tego co pomieściło mieszkanie Vogelów nie było w stanie pomieścić muzeum. 1000 egzemplarzy zostało w Nowym Yorku, pozostałe zostaną podzielone między muzea stanowe w programie 50×50.
Świetna historia o świetnych ludziach w artystycznych oparach. 5+
Filed under: ze movies | Tagi: adam sandler, emily watson, lewy sercowy, paul thomas anderson, philip seymour hoffman, punch drunk love
Gdyby ktoś kiedyś zmusił mnie do wymienienia swojej piątki ulubionych czy to filmów, czy to reżyserów, bez wątpienia ten tytuł lub jego twórca znaleźliby się wśród niej. Paul Thomas to mój ulubiony z filmowych
Andersonów. Robi solidne, perfekcyjne wręcz kino obyczajowe, jednak z lekką nutką…No właśnie czego? Psychodelia to złe słowo, magia też. Dla mnie to tak, jakby do substancji filmowej ktoś dolał kropelkę czystego LSD – niby wszystko jest tak jak powinno, ale trochę jakby poprzestawiane.
Paul Thomas to mistrz detalu. Swoimi sekundowymi zawieszeniami czy to na płaszczyźnie scenografii czy gry aktorskiej potrafi osiągnąć maksimum efektu o wszelakim zabarwieniu. Jego spojrzenie jest wielce komiczne, ale jednocześnie czułe. Bohaterowie to ludzie, którzy są tylko ludźmi i nic co ludzkie… Inna sprawa, że aktorzy których dobiera na zawsze, przynajmniej dla mnie, stapiają się ze swoją rolą i tak: Tom Cruise na zawsze pozostanie dla mnie specem od uwodzenia, na hasło Juliane Moore widzę ją wciągającą koks z Wrotkarą, a Marky Mark Whalberg to posiadacz największego penisa w całym szołbiznesie. Dzięki Lewemu Sercowemu zupełnie nowego znaczenia nabrała dla mnie osoba Adama Sandlera, której chyba nikomu nie muszę przedstawiać…
Adama Sandlera nazwijmy Barrym. Bary jest chorobliwie nieśmiałym mężczyzną o lekkim rozstrojeniu nerwowym. W sumie to nie ma się co mu dziwić – jest samotny, jego siostry (a ma ich aż 7) ciągle nękają go nachalnymi telefonami o lekko agresywnym zabarwieniu. Pracuje też nie wiadomo gdzie – w hali na dalekich przedmieściach sprzedaje szklane rurki, które nie wiadomo do czego służą. Pewnego dnia, a w zasadzie poranka przed robotą dochodzi do kraksy samochodwej. W wyniku wypadku na ulicy Barry znajduje małe pianinko. Pojawienie się tego instrumentu uruchamia łańcuch wydarzeń, które doprowadzą go do prawdziwej miłości…
Powiedzmy, że tak to jest w tym filmie i powiedzmy, że jest to komedia romantyczna, która wymyka się jednak wszelkim konwencjom narzuconym na ten gatunek. Ten film ma jeden z najwyższych wskaźników THC spośród wszystkich, które widziałam. Sama historia to pikuś – choć wierzcie mi, fabuła tego filmu jest zaskakująca jak hasła pod zawleczkami napojów Tymbark. Ścieżka dźwiękowa to nieprawdopodobny wytwór, który z pojęciem “linia melodyczna” ma niewiele wspólnego. Ale i tak największym hitem jest obsadzenie w dwóch głównych rolach Adama Sandlera i – uwaga, trzymajcie się mocno- Emily Watson. Tak, tej Emily Watson. Przedziwny koktail – błazen vs Shakespeare. Wyborny. I gdzieś tam Philipp Seymour Hoffman, i ci inni zaprzyjaźnieni Andersonowi. Do tego poprzedłużane ujęcia, świetnie skomponowane kadry potęgujące niejednoznaczne odczucia i kolorowe przerywniki – ciekawe po co – ja sie domyślam hehehe
Lubię oglądać ten film co jakiś czas. Niesie ukojenie, rozbawienie i wiele pytań o treści: wtf?!
) I w zasadzie to dziś zastanawiam się czy wiedzie w tym filmie surrealizm (jest dziwnie, bo jest dziwnie), czy też może postmodernizm (jest dziwnie, ale to na pewno coś znaczy)
Sześć, daj coś zjeść.
Filed under: ze movies | Tagi: chleb powszedni, dokument, ekologia, geyrhalter, żywienie
Kiedy zaczęłam oglądać ten film i zobaczyłam, że jego tytuł napisany jest po niemiecku od razu spanikowałam, że nie mam napisów. Chwilę później okazało się, że są one zupełnie zbędne, gdyż film Unser
Taglisch Brot to film składający się z ciągów obrazów i ani jednego komentarza.
Przez około 90 minut oglądamy miejsca, w których produkuje się jedzenie. Myślę, że słowo produkcja jest jak najbardziej na miejscu, bo stopień mechanizacji zadziwił mnie samą. Wszędzie maszyny, taśmówka, schemat. Kury z hali zasysa wielki odkurzacz, ryby z hodowli zresztą też. Aby ryba została wypatroszona najpierw rozcina ją piłka, potem trafia pod specjalny odkurzacz z dużą końcowką, potem pod drugi z mniejszą, potem pod trzeci z najmniejszą. Krowy na ubój jadą na taśmie, podjeżdzają do bramki i czekają na złoty strzał. Swoją drogą, już wiem skąd Aphex Twin wziął masakryczne wizualizacje, którymi raczył podczas swojego dj-skiego seta w Krakowie…
Najfajniej jest z warzywami, chociaż i im się dostaje w postaci chemicznych koktaili… Ale to tak bardzo nie razi jak kury w klatkach swoich rozmiarów. Boli to wszystko niestety i choć bardziej odechciało mi się jedzenia mięsa po scenie z kurczakiem w “Głowie do wycierania” , to jednak siedzi to gdzieś w głowie.
Mocna rzecz. Nie dla wrażliwców.
Filed under: ze movies | Tagi: braun, design, dokument, helvetica, hustwit, mac, muiji, wzornictwo
Wszystko jest designem, wszystko coś znaczy. Przedmioty, które nas otaczają powstają z myślą: o funkcjonalności, o wygodzie, o estetyce, o nas. Czy to szczoteczka do zębów, czy wykałaczka, czy sekator -
stoi za nimi konkretna koncepcja.
Film Objectified pokazuje nam różne spojrzenia na design. Czołowi projektanci największych marek ze wszystkich stron świata odpowiedzą na pytanie czym dla nich jest design. W jakiej relacji pozostaje do nas, sztuki i ich samych. Jakie są jego główne cele i skąd biorą swoje inspiracje do tworzenia co raz to nowych wersji przedmiotów.
Film zabierze nas do pracowni wypełnionymi gadgetami, fakturami i teksturami. Podpatrzymy prace nad unowocześnianiem i tworzeniem nowej jakości. No i zobaczymy – do jakiej skali urasta powiedzenie – diabeł tkwi w szczegółach.
Warto wspomnieć, że ten film to jedna z części trylogii o designie. Pierwszą jej częścią był film Helvetica – dokument o typografii (sic!). Tematyki trzeciego projektu jeszcze nie ujawniono – wyczekuję.
Świetna rzecz. Na maksa ciekawa. 5+
Filed under: ze movies | Tagi: collin farrel, heath ledger, johny deep, jude law, monty python, parnassus, terry gilliam, tom waits
Poszłam w czwartek po raz pierwszy, poszłam w piątek po raz drugi.
Filed under: ze movies | Tagi: candy rain, dramat, hua chi liao nu na hai, hung-i chen, kino poetyckie, kino queerowe, komedia, lesbijki, romans, tajwan
Uwaga!! Przygotujcie się na coś takiego: tajwańskie, artystyczne, kino lesbijskie… 
Ten film to przede wszytkim uczta dla oka. Przyczynkiem do przepięknych obrazów są bodajże 4 historie traktujące o miłosnych plagach: zazdrości, braku odpowiedzialności, etc. W każdej z nich na sam koniec pojawia się niejasna dla mnie przesyłka od adresata: Candy Rain…
Czołówka zapowiadała raczej coś w klimacie “Gossip Girl” po azjatycku – młodzi, piękni i bogaci – dopiero potem zorientowałam się, że film rozgrywa się w dziewczyńskim świecie. No a potem = historie jak historie, generalnie nie bylam w stanie za bardzo skupić się na fabule (choć ta serwowała co raz to inne konwencje w kolejnych etiudkach), bo z rozdziawioną gębą patrzyłam co dzieje sie w dziale: obraz. Od kadrów, poprzez przeostrzenia, kolory, scenografie, portretowanie i przeróżne powalające patenty: w tym filmie nawet jedzenie marshmallowa nabiera poetyckiego wymiaru. No jest na co popatrzeć – absolutny okaz w kinie queerowym!
Dziś sprawdziłam na filmweb.pl – dałam temu filmu 10, czyli po temublogowemu 6. no niech będzie, choć przydałby się jeszcze jeden, bez środków egzaltogennych seans.
Filed under: ze movies | Tagi: 15, 15: the movie, larry clark, royston tan
Raz na jakiś czas dopada mnie strach następującej treści: co, jeśli obejrzałam już wszystkie najciekawsze filmy (swoją drogą – zuchwała to obawa); wszak ten worek kiedyś musi się opróżnić… No i odpalam wtedy kompa z
najświeższym kontentem i rozganiam wszelkie strachy…
15 to tak jakby Larry Clark* zrobił film transgresyjny, który następnie zostałby zmontowany jak teledysk i dołożono mu modną grafikę. Są gówniarze, jest przemoc, jest seks, są narkotyki – jest na wskroś azjatycko. Są surrealistyczne samobójcze rozkminki i niejasne seksualnie relacje między bohaterami. Ogląda się to z rozdziawioną gębą. Fakt – jest to efekciarskie, ale w jakim stylu!! To taki może nie całkiem nowy, ale jakże oryginalny rodzaj opowiadania – reżysersko mistrzowsko poprowadzone – troche jak Zła krew Caraxa, ale trochę w bardziej chory sposób.
To taki film, który ma się ochotę wypalić na płytkę i rozdać najbliższym znajomym, bo to się kinem interesują. Bez kitu – jedna z najbardziej oryginalnych rzeczy jakie widziałam ostatnio. Brawo Royston!
6 za ogólną podjarkę i za nawiązanie nowej bardzo ciekawej znajomości
hehehehehe
Na jutubie nie ma trailera w dobrej jakości – więc wstawiam pierwszą część filmu, który można w całości obejrzeć na youtube tyle, że bez napisów.
*Larry Clark to ten typ, co nakręcił Dzieciaki, Ken Park, Bully i wiele innych gorzkich filmów o młodzieży. Sprawdźcie go – polecam.
Film o kursie prawa jazdy to jednak dla mnie za troche mało.
Filed under: ze movies | Tagi: berlin, berlin calling, dj, muzyka klubowa, paul kalkbrenner, stohr
Filmów o tematyce klubowej jak na lekarstwo. No bo co: mistrzem gatunku (jeżeli można o takowym mówić) pozostaje zrodzony w okresie clubbingowego boomu Human Traffic. Są gdzieś tam jeszcze It’s all
gone Pete Tong z Pete Tongiem, i prze-beznadziejny Groove z epizodyczną rolą Johna Digweeta. Jest parę całkiem udanych dokumentów i to tyle. No więc jak w serwisach o muzie elektronicznej pojawiła sie informacja, że:
a) wchodzi iście klubowy film o perypetiach pewnego Dj-a
b) Dj-a będzie grał doskonały producent – Paul Kalkbrenner
c) tenże także skomponował muzykę do obrazu,to umówmy się i bez zbędnych eufemizmów – obsrałam się ze szczęścia. No i jest kupa, ale nie w tym miejscu w którym się spodziewałam…
Icka to Dj Ickarus. Człowiek generalnie lubi sobie wciągnąć. Preferuje koks, ale nie pogardzi innymi narkotykami. Grywa na imprezach, usiłuje dopiąć swoją płytę, ale generalnie mamy wrażenie, że większość jego dnia kręci się wokół tego, żeby znaleźć gdzieś coś żeby… Na pewnej imprezie dostaje – wyjątkowo parszywą mieszankę MDMA/ ketaminy i innych odurzaczy. Wykręca go na maksa – rano zostaje znaleziony w restauracji gdzie babrze się w papce z płatków i jogurtu. Narzeczona umieszcza go na specyficznym oddziale psychiatrycznym, gdzie dochodzą do siebie ludzie, którym coś się odkleiło na skutek… W trakcie terapii okazuje się, że Icka idąc po białych ścieżkach zawędrował prosto do świata schizofrenii. A jak ma się udać leczenie, skoro pacjent cały czas myśli o tym, co by tu…
Obejrzane. Rozczarowane. Bo wbrew reklamom i całemu hype’owi film o muzie klubowej to to żaden. Jakby z tego wynika całe moje rozczarowanie – muzyka w tym filmie, to tylko pretekst do ostrej zabawy. Nasz bohater – producent – to zwykły cwaniaczyna, w oczach rodziny nieudacznik (scena u ojca). Robi muzę, ale nie wiadomo skąd ona się mu bierze – patrząc na niego, raczej nie posądzilibyście go o jakąkolwiek wrażliwość. Muzyce odebrano całą swoją moc, a umówmy się IDMy, techno czy inne berlińskie brzmienia to nie jest zwykła łupanina – przynajmniej w moich odczuciach. Tak jak Trainspotting, czy Human Traffic gloryfikował muzykę – nadawał jej wręcz metafizyczny wymiar, tak tutaj jest po prostu klub, są w nim dje, są ludzie i wizuale. I narkotyki. I seks w kiblu. I nic. A przecież samym montażem można było zrobić cuda z sekwencji parkietowych – bez zbędnych gadek i ideologii na silę… Wpuścić trochę magii do zaprezentowania tego berlińskiego światka klubowego. Zwłaszcza, że nawet ciekawe miejscówki zostały wybrane – bardzo mi się podobał klub w jakiejś szopie nad kanałkiem, w którym mimo pory dnia toczyły się imprezy. Nawet świetny soundtrack autorstwa Kalkbrennera ginie w tym wszystkim – mimo całkiem przyzwoitych zdjęć. Scena z “Gebrunn, gebrunn” jeszcze jako tako, ale bez oczekiwanej intensywności. Zresztą całego tego soundtracku o wiele lepiej słucha się tego w winampie niż w samym filmie.
Paul Kalkbrenner także mnie nie przekonał swoją grą aktorską. Widać to zwłaszcza w momentach, w których udaje różne loty. A i motywacje odgrywanego przez niego bohatera dla mnie są nie jasne. Wszystko sztucznie udramatyzowane, na potrzeby scenariusza – żeby coś się zadziało. Rozumie ktoś te scene, w której dochodzi do zainicjowania trójkąta z nową dziewczyną byłej dziewczyny? A pokazanie wytwórni? Martwego miejsca, bez ludzi, z gadającą non stop przez telefon i po angielsku szefową. Nie chce mi się wierzyć że to tak wygląda. Szpital jako tako się broni, choć nie leży mi pokazanie innych ludzi na oddziale – groteskowych postaci, zgrzyta to jakoś. Jest masa wtórnych akcji – w metrze jak z “Kontrolerów”, na oddziale jak z “Lotu nad kukułczym” ale o ile gorsze to wszystko. Pcha mi się na palce słowo żałosne…
W zasadzie to samą mnie dziwi to, jak źle odebrałam ten film. A przecież chciałam dobrze. Ale umówmy się – film o kulturze klubowej to żaden, a jeżeli będziemy ten film rozpatrywać w kategorii, jak to ktoś powiedział, “filmu o staczaniu się” – to lepiej obejrzeć inne, o wiele bardziej udanie zrealizowane, nawet niszowe filmy (odsyłam do rewelacyjnego australijskiego “Candy” z ś.p. Heathem Ledgerem). Tyle.
Zdecydowanie poniżej oczekiwań. 2.
Filed under: ze movies
Uwaga, jest ciekawa książka na zakładzie.
“Kino dalekiego wschodu” to przegląd kinematografii: japońskiej, koreańskiej, chińskiej, tajwańskiej,
hongkońskiej, wietnamskiej. W poszczególnych rozdziałach znajdziemy rys historyczny, najważniejsze tendencje, gatunki i ich przedstawicieli.
Najbardziej wyczerpująco została opisana kinematografia japońska, na której opis składa się kilka podrozdziałów opisujących poszczególnej jej okresy. Kolejne państwa, to solidne rozdziały chronologicznie pokazujące rozwój kultury obrazu na kontynencie azjatyckim.
Bardzo ostrożnie podchodze książek filmoznawczych, gdyż zazwyczaj są one niestrawnym dla mnie jezykiem. Tutaj jest inaczej. Wszystko jest zrozumiale i po bożemu… Oczywiście książkę traktuje jako drogowskaz do zobaczenia poszczególnych filmów i zapoznania się z danymi reżyserami. Bo umówmy się – nie da sie wyczerpująco omówić poetyki Kim Ki-Duka w 3 akapitach. Niemniej duzo inspiracji na conajmniej kilka sesji z emule
Na koniec – przegląd kina azjatyckiego w kontekscie filozoficzno – religijnym (konfucjansko – buddyjskim).
Daje 5, bo czemu nie