Greckichorzaczynaspiewac’s Blog


Don’t look now, reż. N. Roeg, 1973, Wlk. Brytania/Włochy
czerwiec 25, 2009, 7:27 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Na parę tygodniu przed wejściem Antychrysta obejrzałam sobie taki stary film, o którym dużo czytałam, wiele osób polecało. A że stare thrillery są dobre, więc czemu nie.

dontlooknow3

Para traci swoją córeczkę, któa topi się nieopodal ich domku. Po pogrzebie, aby pozbyć się przykrych wspomnień wyprowadzają się do Wenecji, gdzie on- John – w tej roli Donald Sutherland jest konserwatorem zabytków.  Ona spędza czas na kontemplacji włoskiej atmosfery, lecz pewnego dnia poznaje dziwną parę bliźniaczek, z których jedna jest niewidoma i do tego utrzymuje, iż ma zdolności parapsychologiczne. Twierdzi, iż ma kontakt z ich zmarłą córeczką. Bolesna historia zaczyna powracać, bo w plątaninie kanałów, ciasnych uliczek krąży postać w czerwonym płaszczyku, która łudząco przypomina córeczkę, która tragicznie zginęła…

Dobra rzecz. W stylu starych thrillerów Polańskiego. Jest mgliście, tajemniczo i parapsychologicznie.  Postacie, groteskowe dodają specyficznego niepokojącego klimatu. Wenecja pokazana jest jako miasto nie tylko dla zakochanych, a jako dziwaczne miejsce przeplatania się dwóch światów. Do tego na uwagę zasługuje montaż.  Serio – jest wporzo – jak na tamte lata to bardziej styl teledyskowy niż fabularny.  Fajnie patrzeć na młodego Sutherlanda z tą jego niesamowitą górną szczęką i szelmowskim uśmiechem.  Julie Christie już mniej mnie ujęła…

No i tak sobie pomyślałam o nim w kontekście tego Antychrysta, bo to też film że tak powiem z identyczną sytuacją wyjściową, a nawet późniejszą. A jakże lepszy. Nie ma tutaj mądrzenia. I jedni i drudzy chcą sobie poradzić z traumą i o ile u Von Triera natrafiamy na jakiąs intelektualno-katującą terapię to tutaj mamy dwoje ludzi którzy usiłują wyleczyć się miłością do siebie. Lars zaserwował nam symboliczny horror przyrodniczy, a sceny rodem z Piły X tylko przyprawiają o pusty śmiech. Roeg natomiast dobrym montażem, niedpowiedzeniem i powolnym wprowadzaniem do historii grozy ale przede wszystkim prawdopodobieństwem psychologicznym zbudował kawał dobrego filmu o strachu, śmierci i ciężkiej próbie pogodzenia się z przeszłością.

Nie dam 5, bo mimo wszystko historie z duchami w tle nie są tym, co lubię najbardziej. Ale 4+ jak najbardziej.



Podniebna poczta Kiki, reż. H. Miyazaki, 1989, Japonia
czerwiec 25, 2009, 6:42 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Tu nie ma co dużo pisać. Studio Ghibli, z którego pochodzi ten animowany film wyspecjalizował się przez lata w mądrych i klasycznych filmach animowanych. Wszystkie opowieści, ku pokrzepieniu serc niosą ze sobą podniebna poczta kikiwiele mądrości życiowych, przy okazji nie są pozbawione humoru. Plączą się gdzieś tam w świecie, który przesycony jest magią i takimi też postaciami. Do tego są bardzo ładne, w duchu klasycznej japońskiej animacji zrobione.

Podniebna poczta Kiki to film o dziewczynce, która chce zostać czarownicą. Gdy czuje, że nadchodzi właściwy moment w towarzystwie swojego mówiącego kota opuszcza swoje domostwo na miotle i ląduje w nieznanym sobie mieście.  Tam ma dokształcić się w swoich magicznych zdolnościach. Jednak jak na pół-śmiertelniczkę przystało musi zapewnić sobie wikt i opierunek. Korzystając z życzliwości i uprzejmości pewnej piekarki wynajmuje u niej na strychu pokój, a pieniądze na życie zarabia dostarczając przesyłki do różnych ludzi…

Pełna ciepła i dobrych emocji opowieść. Do odglądu z mężem, chłopakiem lub dzieckiem.  Nie boimy się. Nie boimy się!

Mocne 5.

Aha, na fejsbuku mi wyszło, że Miyazaki reżyseruje moje życie – nie mam nic na przeciwko i bardzo mi się to podoba.



Nobody knows, reż. H. Koreeda, 2004, Japonia
czerwiec 23, 2009, 7:45 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Wyobraźcie sobie taką sytuację: jet was czwórka, jeteście rodzeństwem, najstarsze z was ma 12 lat i jesteście zdani tylko sami na siebie. Macie matkę, ale ona pojechala na egoistyczną wycieczkę w poszukiwaniu nobody knowsszczęścia. Matka jest prostytutką, ale bardzo kocha swoje dzieci. Wraca czasami do domu pijana i tuli łaknące jej ciepła dzieciaki, mało tego, czasami nawet pomaluje któremuś z nich paznokcie. Generalnie wiecej jest niż jej nie ma.  Jakby chciała przygotować swoje pociechy na tę najdłuższą wycieczkę, na którą w końcu się decyduje.

Jakimś cudem, tej matce udaję jej się wspaniale wychować dzieciaki, które robią pranie, zalewają zupy w pudełkach na kolejne posiłki. Dzieci nie chodzą do szkoły, mimo że by chciały. Całymi dniami przesiadują w wynajętym mieszkaniu, a sąsiedztwu zostaje przedstawione tylko najstarsze z nich. Cała reszta jest poinstruowana, że ich mały światek kończy się tam, gdzie zaczyna balkon.

Te dzieciaki zostają same. Z kilkudziesięcioma tysiącami jenów, które matka im zostawiła muszą sobie radzić z dorosłym życiem.  Akira  – najstarszy chłopiec w gromadzie (swoją drogą właściciel jednych z najbardziej niezwykłych oczu na świecie) jest łącznikiem ze światem zewnętrznym – tylko on chodzi do sklepu po zakupy, ale także zarządza skromnym budżetem.  Niestety, te pieniądze się kiedyś kończą i zaczynamy obserwować walkę malutkich dzieciaczków z przeciwnościami losu, którym myślę że nie podołałby nie jeden dorosły

Tak przejmującego i niesamowitego filmu nie widziałam już dawno. Na szczęście mimo całego tragizmu przedstawionej sytuacji możemy spoglądać na radość dzieciaków, z których tylko jedno zdaje sobie sprawę co tak naprawdę się dzieje. To, jak dorośle zachowuje się główny bohater przyprawia o wzruszenie – a to, o jakich rzeczach myśli wprawia w osłupienie (scena z prezentami noworcznymi na przykład).  I mimo, że historia najcięższego kalibru, to zaserwowana jest ona w absolutnie zoptymalizowany spobób No i patrzymy na świat tymi niesamowitymi 12letnimi oczami. Nie będę pisała więcej. Ten film trzeba po prostu zobaczyć. Obowiązkowo.

Miała być piątka, ale dam 6.

ps. przyszła mi do głowy jeszcze inna historia, z troche tego samego gatunku, ale za to z innego podwórka. “The cement garden” nazywa się ten film i opowiada o rodzeństwie, które musi sobie poradzić samo ze sobą po śmierci matki i ojca. W roli głównej Charlotte Gainsborough święcąca właśnie triumfy po występie u von Triera.  Problem jakby całkiem inny i na co innego połączony jest tutaj nacisk. Albowiem film opowiada o gwałtownym dojrzewaniu chłopaka bez rodziców połączonego z silną fascynacją erotyczną jego siostrą… Można obejrzeć, ale nie trzeba :)



La Niña Santa, reż. L.Martel, 2004, Argentyna/Hiszpania/Holandia/Włochy
czerwiec 23, 2009, 7:14 pm
Zaszufladkowany do: Uncategorized

Powinnam sobie była dać spokój z tym filmem zaraz po tym, jak zorientowałam się że to dzieło L. Martel. Nie żebym nie szanowała, ale po obejrzeniu jej innego filmu uchodzącego za “arcydzieło”  La Cienaga powinnamLa-Nina-santa była wiedzieć czego się spodziewać. Bo dystrybutor obiecywał tak:

“Amelia ma 16 lat i mieszka ze swoją uroczą matką w rozpadającym się hotelu, miejscu zimowej konwnecji medycznej. Po próbach chóru Amelia razem z innymi dziewczynami zbierają się w parafialnym kościele rozprawiając o sprawach wiary, powołania, a także szepcząc w skrytości o całowaniu. Spotkanie z jednym z odwiedzających hotel doktorów uruchamia ciąg nieprzewidywalnych i czasami delikatnie smiesznych nieporozumień. Złapana pomiędzy religijną edukacje rodzącą się seksualność Amelia czuje się powołana by uchronić doktora przed grzechem. Jednak fascynacja ta wydaje się prowadzić do pięknej katastrofy.
Martel opowiada historię poprzez umiejętne przedstawianie detali, jej przemyślany styl pełen charakterystycznych niedopowiedzeń, gdzie rzeczy są częściowo widoczne lub częściowo ukryte. Atmosferą seksualnego napięcia i uchwytnego wrażenia pożądania, które jest obecne, ale nie wszechogarniające “Święta Dziewczyna” potwierdza, że Martel posiada niepowtarzalny i oryginalny talent.”   za filmweb.pl

No i wiecie, jak jest napisane że starszy facet i młoda dziewczyna, a do tego jeszcze jej matka, to sobie człowiek wyobraża niewiadomo co. Tymczasem podana tutaj historia opowiedziana jest dość powściągliwie. Bardzo wyprana, a liczyło by się na coś buchającego emocjami.  Za dużo też w niej różnych wątkow, przez co każdy z nich sie rozrzedza (powołąnie dziewcząt, inicjacja seksualna, porzucenie przez męża, etc.). Sfilmowane to też nie jet niewiadomo jak – wysmakowanych kadrów tu nie uświadczycie.

Generalnie to nie ten typ kina, który ja lubię.  Daje 3.



Choke, reż. C. Gregg, 2008, USA
czerwiec 18, 2009, 7:00 pm
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: , , , , , , ,

Było ciężko, ale w końcu obejrzałam. W 7 razach. To chyba nawet przebiło ostatni  “Sens życia…”  który co zaczynałam oglądać – to zasypiałam – 4 razy. Ale nie to, że film kiepski, tylko że tak powiem zabierałam się zachoke jego oglądanie o dość kontrowersyjnych porach i w dość kontrowersyjnych stanach… Ale w końcu się udało.

Choke to film o Victorze Mancini, który jest bardzo ciekawą postacią.  Jest chodzącym na terapię seksoholikiem, który lubi sobie poużywać z towarzyszkami z odwyku podczas gdy za ścianą ludzie przyznają się do swojego problemu.  Kiedy nie chodzi na terapię:  a] pracuje w skansenie, w którym uprawia seks ze współpracownicami; b] dławi się w restauracjach po to, aby ludzie którzy go uratują mogli czuć się dobrze i wysyłać mu pieniądze przy okazji różnych okazji; c] odwiedza swoją matkę w domu opieki, kopuluje z pielęgniarkami, a przynajmniej do czasu kiedy poznaje doktor Page Marshal; d]prowadzi śledztwo odnośnie swojego ojca, którym według pewnych poszlak może być nawet sam Pan Jezus…

Czytałam ksiażkę Palahniuka. Film uznaję za całkiem udaną adaptację, choć paru rzeczy mi brakowało, jak to zwykle ma miejsce przy adaptacjach.  Trochę usunięto, trochę spłaszono, zakończenie strywializowano, ale co robić. Te książki tego Palahniuka mają w sobie najgorętszej pasty chilli, są bezkompromisowe,  celne i troche szokujace. A ten film niestety tego nie miał.  Bo żadko kto jest w stanie obrazkami odtworzyć pikantną narrację.  Dla tego, jeżeli ktoś nie czytał książki – niechaj koniecznie przed seansem to zrobi… A jeżeli jest już za późno – niech doczyta i niech zobaczy jak daleko można się posunąć w opisywaniu małych ludzkich niegodziwości, wykonywanych w “obronie własnej”.

Doskonale w roli Manciniego odnalazł się Sam Rockwell, grając jakiegoś tam jednego z miliona popieprzeńców tego świata. Plastyczny jest on mocno. Przez to że przeźroczysty.  Szacuneczek. Dobra była także kolejna gwiazda Angelica Huston w roli toksycznej mamuśki – oj co jak co – te role to ona ma dopracowane do perfekcji (patrz. Buffalo 66).

Wszystko było niby ok w tym filmie. Ale ten film to nie książka. I dla tego daje4.



Harper’s Island, tvs, 2009, USA
czerwiec 16, 2009, 9:57 pm
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: , , , , ,

Czego Ci amerykanie dosypują do tych seriali, że uzależniają po pierwszym odcinku? W dodatku, żeby wszystkie były genialne. A nie są. Twórcy szafują wyświechtanymi środkami, a my kupujemy to bezharper's island mrugnięcia okiem.

Kilkanaście osób, w jednym miejscu, z jakiejś okazji. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, w głębi gdzieś tam skrywajacy swoje sekrety. Zaczynają ginąć. Jeden po drugim. One by one. Każdy może stać się ofiarą, każdy może być mordercą…

Znacie to skądś? Pewnie z miliona albo przynajmniej kilkudziesięciu filmów z gatunku thriller, sensacja, kryminał. Więc teraz do powyższego wzoru podstawcie sobie, że goście przyjeżdzają na wesele, takie na wypasie – kilkudniowe z atrakcjami.  Też jakby znane. No to teraz co zrobić, żeby nie było tak jak wcześniej i żeby któs to obejrzał?

Wesele odbywa się na wyspie, na której parę lat temu psychopatyczny morderca dokonał okrutnych mordów.  Ofiary były mniej lub bardziej powiązane z uczestnikami ceremonii zaślubin.  O strasznych wydarzeniach informuje nas dość powściągliwy wstęp do pilota – zaledwie pare ujątek wisielców i wyspy – troche się krzywiłam – w końcu ten temat ma taki potencjał!!! Prosiłoby się o mrożącą krew w żyłach montażówkę. Ale spokojnie. Nie dane mi było długo czekać, aż po raz pierwszy zasłoniłam oczy ręką, albo patrzyłam w dół ekrany żeby ekran widzieć tylko kątem oka…

Wszystko gdzieś widziałam. Ale do cholery, kto nie ulegnie pokusie dowiedzenia się kto za tym stoi, kto ma z kim romans, kto chce kogo oszukać, kto kogo sprzeda und viele andere? Zwłaszcza, że w tle grasuje jakiś niezły sajko… A my przecież kochamy seryjnych morderców… Zaczęłam około 18ej. Jest 24. Jestem po 6 odcinkach. Staneło w takim momencie, że w gorszym nie mogło. A co najlepsze – nie mam pojęcia kto może za tym stać! I teraz wyczekuje momentu, żeby mój mąż przestał grać w tego cholernego warcrafta, żeby migusiem dosciągały mi się pozostałe odcinki.  Zresztą, do diaska! jest 24 – kładź się spać musi – do roboty jutro trzeba. Pozdrawiam w imieniu swoim i małżonka!

Harper’s Island    – polecam!! :) )



Allegro, reż. Ch.Boe, 2005, Dania
czerwiec 16, 2009, 10:12 am
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: , , , ,

Zetterstrom jest pianistą. Prawie doskonałym. Szlifując swój talent porzuca wszystko aby osiągnąć doskonałość. Pewnego dnia przez przypadek poznaje kobiete, która allegrosprawia iż ten “staje się człowiekiem”. Ale jak to w tych prawdziwych bajkach bywa – wszystko sie kiedys kończy.

Jest pare lat pózniej. Zetterstrom wiedzie sobie powiedzmy spokojne życie, aż pewnego dnia dostaje wiadomośc z Zony. Zona to dzielnica Kopenhagi, do której dostęp mają tylko wybrani. To tam zostały umieszona przeszłość Zetterstroma, którą ten wyparł ze swojej świadomości. Zetterstrom postanawia przyjąć zaproszenie i odzyskać własne wspomnienia…

Jest ciekawie.  Jak to u Boe. Nielinearna historia. Świetnie połączone style opowieści – animowane z klasycznie filmowanymi.  Jest tajemniczo i intrygująco. Ale mimo wszystko, moim zdaniem – troche to przekombinowane.

Sama symbolika filmu – dość jasna. Psychologii studiować nie trzeba, żeby wiedzieć o co chodzi.

Niemniej polecam, żeby zobaczyć że można podać historię w niebanalny sposób. A Christopherowi Boe udało się to po raz trzeci. Gratuluje i daję 4kę.



Rachel wychodzi za mąż, reż. J. Demme, 2008, USA
czerwiec 14, 2009, 7:59 pm
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: , , , , , ,

Co zwiastuje piękna Anne Hatteway na okładce? A, pewnie jakaś komedyjka romantyczna, gdzieś tam w juesej. Ta komedyjka. Film sie skonczyl, a ja czem predzej do lazienki bo w miedzyczasie spłynął mi po twarzyrachel cały skrzętnie przyszykowany makijaż. I nie ze szczęścia płakałam bynajmniej…

Rachel wychodzi za mąż. Z tej okazji wychodzi z odwyku jej siostra Kym. Po mału jej przybycie wprowadza nas w świat rodziny, która nie roliczyła się z wielu tragedii…

Myślę, że więcej nie ma co pisać o fabule. Schemat doskonale znany z innych filmów.  Festen to nie jest, ale także prosze sie przyszykować na mocne przeżycia. W tym filmie dzieje sie tak dużo między członkami rodziny, każdy znajdzie jakąś sytuacje, którą może odnieść do siebie.

To taki film, który powinien był pokazywany dzieciakom w liceach, żeby zobaczyli jak dalekosiężne konsekwencje niesie nadużywanie… Ale nie tylko. To film o wychodzeniu z tragedii, o zaufaniu, o akceptacji, wybaczeniu a także jego niemocy. Dla mnie przedewszystkim to film o rozpaczliwej potrzebie skupienia na sobie innych…  Do bólu prawdziwy.

To żadna super-produkcja z obsadą za setki milionów i obrazkiem jak żyleta. To klimatycznie zrealizowany film:  ze zdjęciami z ręki i przeróżną muzyką, która przeprowadza nas przez wszystkie rozmowy, kłótnie i deklaracje. Z aktorami, których skądś tam znamy, ale nie pamiętamy skąd. Tylko Anne Hatteway błyszczy, ale inny to blask niż zazwyczaj. Blask, który doceniła Akademia nominując ją do Oskara.

Może nie polecam w słabszy dzień, ale generalnie to kawał dobrego obyczajowego kina.  5.



Offscreen, reż. Ch.Boe, 2006, Dania
czerwiec 14, 2009, 7:25 pm
Zaszufladkowany do: ze movies

Z przyjemnością napiszę o tym filmie. Małgosia mi go poleciłą, która lubi kino skandynawskie. A że znałąm postać reżysera z doskonałej moim zdaniem Rekonstrukcji, tym chętniej postanowiłąm zabrac sie za tytuł. offscreenPrzyszykowujac sie do seansu przeczytałam na filmweb.pl, że to: horror, melodramat, thriller – intrygująca mieszanka przyznaje – jedziemy!

Film otwiera scena, w której nieznany mężczyzna przed czymś ucieka. Po chwili widzimy, jak podąża za nim klku meżczyzn. Cięcie.  Następna scena. Z wycinków z gazet dowiadujemy się, że zaginął pewien aktor, że winny jest reżyser itd. Koniec sekwencji. Akcja właściwa – parę miesięcy wcześniej. Pewien aktor z krwi i kości – Nicolas Bro -  zachecony przez reżysera, z którym aktualnie pracuje zaczyna dokumentować swoje życie za pomocą kamery. Aktor bierze to bardzo do siebie i nieustannie filmuje siebie i swoich znajomych. Pech chce, że kamera staje się przyczynkiem do rzucenia naszego bohatera przez dziewczynę. Nicolas nie mogąc pogodzić się z rozpadem związku zaczyna kręcić film o wielkim come backu jego i jego dziewczyny. Non stop z kamerą w ręku, Nicolasowi z każdym dniem zaczyna coraz bardziej odwalać…

To bardzo ciekawy film. Glownie ze względu na narrację. Big brotherowa kamera, komentarze bohatera odnosnie zaistniałych wydarzeń, no i 3 filmy w filmie, bo: film jako taki Offscreen, film który kręci nasz bohater, film w którym gra nasz bohater (świetny pomysł z włączeniem Allegro).  W filmie zatracila sięgranica pomiędzy rzeczywistością wyrezyserowaną a tą prawdziwą, ale wszystko mistrzowsko przemyślane, wiarygodnie odegrane(? :)   )  no i trzymające w napięciu jak cholera. Z dużą dawką humoru i ze wstrząsającą końcówka.

Świetne kino, naprawdę. Film do multi-projekcji. A Christofer Boe to moim zdaniem jeden z najciekawszych współczesnych reżyserów i nie potrafię zrozumieć jak mogło go zabraknąć w mojej książce Cinema Now…

Daje 5+.



Antychryst, reż. L. von Trier, 2008, Dania/Francja/Niemcy/Polska/Szwecja/Włochy
czerwiec 8, 2009, 4:38 pm
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: ,

Bardzo czekałam na ten film.  Obserwowałam newsy, ktore intensywnie informowały o castingu, obsadzie,  rozpoczeciu zdjec, za chwile o ich koncu, potem o efektach specjalnych prosto z polski. Czasami mialam wrazenie, ze ten film powstal w zaledwie pol roku… Choc tworca juz dawno zapowiedzial, ze tym razem antychrystszykuje nam horror… No wiec jak tylko nadarzyla sie okazja, to poszlam do kina, sama, na ten horror… I co zobaczylam?

Para traci dziecko.  Z traumą najgorzej radzi sobie ona. On – uznany psycholog usiłuje jej pomóc wyjść z depresji.  Zaczynając terapię natrafia na tłumione lęki, które doprowadzają ich do domku schowanego głęboko w lesie… Historie dostajemy, jak to u Larsa bywa, w kilku rozdziałąch, które zaczyna przepięknie sfilmowany prolog, który wprowadza nas w historię bez słów za to piękną muzyką i perfekcyjnymi zdjęciami.

A potem jest już tylko gorzej, bowiem dostajemy przedumaną mieszanke thrillero-psychologiczną. Jest kurde żle. Lars ma przerosniete ego. O tym sie plotkowalo na salonach. I o ile w poprzednich filmach, jakoś ona nie uderzała tak bardzo, tak tutaj…  Wszystko wydaje się być takie pompatyczne i przerysowane. Momentami jest wręcz komicznie. W zasadzie od połowy filmu wszystko zmienia się w jakąś taką żałosną groteskę. Nie trafia do mnie teza, że antychrystem jest przyroda, nie trafiają do mnie dyskusje nad rozpatrywaniem filmu w kontekście tłumionej kobiecej seksualności… Dla mnie ten film to bełkot, który sili się na traktat o depresji, ale serwuje coś wręcz śmiesznego…

Myślałam nawet, że to żart, że to takie “oczko puszczone przez reżysera w stronę widza.” Niestety zamieszczona na końcu dedykacja dla Andrieja Tarkovsky’ego rozwiała moje wszelkie wątpliwości.

Najmocniejszą stroną tego filmu są zdjęcia. Wizualnie ten film, to najlepsze dzieło w dorobu Larsa. Przyroda jak z koszmarnych marzeń sennych. Zmieniająca się, wysmakowana stylistyka zdjęć od wpomnianych czarno-białych w prologu po niepokojące ujęcia nocnego lasu.  Dla nich warto było wysiedzieć w kinie te półtorej godziny…

No to teraz powiedzmy tak. Ja sobie obejrze pewnie jeszcze raz ten film za jakiś czas, ale i tak będę czekać na coś, co wstrząśnie mną przynajmniej tak jak choćby “Przełamując fale”.

Daję 3. Przez wzgląd na starą sympatię i realizację.