Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: cannes, dercourt, muzyka, page turneuse de pages, pianino, romans, zdrada, zemsta
Melanie gra na fortepianie. W dzień i w nocy ćwiczy do egzaminu do elitarnej szkoły muzycznej. Nadchodzi ten dzień, dziewczynka staje przed komisją, w której siedzi słynna pianistka. Dziewczynka zaczyna grać.
Wszystko idzie ok. Nagle spokój przerywa pojawienie się na sali kobiety, która usilnie chce zdobyć autograf od przewodniczącej komisji. Melanie rozkojarza to zajście, zaprzestaje grać. Gdy rozpoczyna od nowa pojawiają się fałszywe nuty i krzywe miny komisji. W tym momencie już wiadomo – z tej mąki chleba nie będzie.
Parę lat później. Dorosła już Melanie nie gra na fortepianie. Podejmuje staż u znanego prawnika. W międzyczasie dowiaduje się, iż poszukuje on osoby do opieki nad swoim synkiem. Dziewczyna podejmuje i tę pracę. Po cholerę? Ano okazuje się, że żoną prawnika jest uznana pianistka. Ta sama przez którą kilkanaście lat wcześniej Melanie pożegnała się z karierą muzyka…
Całkiem całkiem film. Historia o zemście, jednak nie w klasyczny sposób. Niestety momentami szyta grubymi nićmi i idąca utartymi szlakami. I gdy zaczynałam się krzywiśc coraz bardziej, do filmu został wprowadzony taki mały myk, który trochę wywrócił wszystko do góry nogami ;D Nie zapominajmy, iż to film francuski
Dobry klimat, dobra gra aktorska. Piękna muzyka na okrągło. Dzieło sztuki to nie jest, ale trzymający w napięciu niestandardowy taki nawet powiedziałabym thrillerek na pewno.
Zaszufladkowany do: Uncategorized
Autyzm to choroba, która zamyka ludzi na nią chorych w swoim świcie. Na rożne sposoby. W dokumentalnym filmie “Ma na imię Sandrine” przez półtora godziny możemy zajrzeć do tego świata.
Obcujemy z bohaterami w specyficzny i bardzo intymny sposób, gdyż reżyserka filmu – znana francuska aktorka Sandrine Bonnaire sfilmowała fragmenty życia swojej siostry, będącej w ośrodku dla osób dotkniętych autyzmem. Fragmenty z dziś przemieszała z nagraniami z dzieciństwa, co sprawiło iż wyszedł z tego wstrząsający i poruszający obraz osoby, która z różnych przyczyn zamknęła się jeszcze bardziej w swojej chorobie. Dzięki wszędobylskiej kamerze uczestniczymy w ćwiczeniach z opiekunami, w zakupach, w posiłkach. Obserwujemy radości Sabine, jej smutki a także napady agresji. Wszystko to sfilmowane jest oszczędnie, ale przecież nie o formę tu chodzi. Kamera jest wszędzie gdzie ma być. Dobre są też przejscia w czasie połączane podobnymi ujęciami. Poszczególne momenty podprowadzane są komentarzem z offu Sandrine. Muzyka dodatkowo podkręca wszystkie momenty, także do strony formalnej nie sposób się przyczepić.
Film skonstruowany jest tak, aby pokazać nam, iż Sabine zniszczył szpital. Że kiedyś była dość wycofaną, ale jedna potrafiącą funkjonować w świecie dziewczyną, a po wyjściu ze szpitala musi zaczynać od zera – utyta, zgarbiona, i non-stop śliniąca się. To tylko część prawdy, bo to co w filmie uderza najbardziej to to, że to nie szpital i leki, a brak kontaktu z bliskimi i w pewnym momencie zaprzestanie ich opieki. Serce się ściska, jak Sabine walczy o każdą chwilę spędzoną ze swoją siostrą. Jak dopytuje, czy na pewno wróci nazajutrz.
Przez to, że film został nakręcony w ośrodku możemy także poznać współtowarzyszy dotkniętych tą samą chorobą. Omdlewającego chłopaczka i zawsze roześmianą dziewczynę. Choroba zostaje pokazana także z perspektywy rodzica – który żyje w nieustannym stresie o to, co będzie się działo z jego dzieckiem a także w nieustannym poczuciu winy – co zrobiłam, że moje dziecko urodziło się z taką chorobą? Jest także rozmowa z kierowniczką ośrodka, która troszeczke wprowadza nas w zagadnienie autyzmu. Nie ma tego dużo, zaledwie dwie takie wstawki, które bardzo dobrze robią dla filmu i zrozumienia jego bohaterów.
Mój mąż twierdzi, że dla niego to film pozytywny. Bo faktycznie na początku filmu poznajemy Sabine, która jest wiecznie zmęczona, bije swoich opiekunów a hitorię więczy scena, w której nasza bohaterka się uśmiecha. Dla mnie niestety tak nie jest. Mimo wszystko przygnębia mnie świadomośc, co zresztą powiedziane jest w filmie, iż praktycznie nie ma ośrodków, w których chorzy mogliby wychodzić “na zewnątrz”. Smutne jest to, iż oprócz opieki medycznej chorzy najbardziej potrzebują miłości i czasu najbliższych. A i z tym bywa problem niestety… W dodatku, to nie jest film przyjemny – przygotujcie się, że wchodzicie do świata, który został pokazany taki, jaki jest naprawdę – będą sceny ślinienia się, napady agresji i auto-agresji, omdlenia itd.
Ma na imię Sabine to niesamowity dokument. Małgosia swego czasu porównała go trochę do filmu “Tarnation”. Ostrzegam – Tarnation to przy tym filmie brawurowy teledysk, niosący nadzieję. Dla mnie w tym filmie niestety jej nie ma…
Daję 5+. I zapraszam do kina, bo takie filmy bardzo kształtują naszą wrażliwość.
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: adaptacja, bohosiewicz, gąsiorowska, książka, masłowska, szyc, wojna polsko-ruska, żuławski
Czyli pokrótce o tym, czemu mi się podobało.
Z bardziej oczywistych:
Bo świetnie zagrane – przez wszystkich (za wyjątkiem 2, a nawet jednej osoby). Tych pierwszo i drugo. 
Bo jest śmiesznie. Tak naprawdę i nie wymuszenie. Chce się ze scen (moja ulubiona “Arka Gdynia…”) i z języka (to już dzięki książce) egzaltowanej dresomowy.
Troszkę naprzód:
Bo to nowa jakość w Polskim kinie. Psychodeliczny surrealizm relacji książka film. Można zastanawiać się na ile udnie to wyszło, ale jakoś wyszło. Podobają mi się te sceny, w których Szyc jest tylko marionetką w rękach nieposkromionej autorki, która lubi pisać nie na temat. Przez to Szyc urasta do roli bohatera tragikomicznego – bo na dobrą sprawę on tego wszystkiego nie rozumie, tego co się z nim dzieje.
Podobała mi sie odwaga – że szyc poparadował se nago i miał poranny wzwód (trudne do wymówienia słowo, w sensie wzwód) i że gadał ze swoim wackiem i tego wacka było widać. I odrealnione te historie jak bańki z ust, teledyskowa scena wykonu na kanapie, wizyta w telewizji.
I montaż
że się dzieje, jest szybko i momentami wręcz teledyskowo. Że są szumy i przeskoki.
I fabuła. Choć niektórzy mówią, że “fabuła”. A przecież są filmy, które kręcą się nie wokół linearnej historii a obierają sobie jeden punkt i wokół niego krążą. Zazwyczaj wychodzi to ciekawie. Bo to trochę tak, jakby doszukiwać się sensu w filmach Davida Lyncha. Odbieramy sobie przyjemność przeżywania usiłując zanalizować i sprowadzić świat do racjonalnego i logicznego porządku. A po co, a na co?
Bo ładnie jest to wszystko sfilmowane. Z różnych stron. Oczami po różnych narkotykach i z różnych światów.
Bo to taki film, który wiem, że obejrzę znowu i znowu. Nie zużyje sie po jednym razie. Będę sobie czytała to wszystko na nowo wyłapując co raz to nowe smaczki.
Za to, że to nie Trainspotting. Traispotting wymyśliliście wy, Producenci! Ten film z tym filmem ma tyle wspólnego co, borysz szyc z ethanem hawkiem. wszystko jest różne – świat, bohaterowie, relacje, realia, narkotyki… Jest po naszemu a nie szkockiemu.
Nie napiszę, co mi się nie podobało. Bo w sumie teraz to w zasadzie nie jestem tego pewna, czy mi sie to nie podoba, a może podoba…
No i daje filmu piątkę, bo człowiek nie jest taki żeby nie dał piątki.
ps. wzruszyła mnie dedykacja: dla taty.
Kurtyna, zwiastun:
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: człowiek na linie, dokument, lina, world trade center, wtc
Człowiek na linie to niesamowita historia. Philippe Petit jako nastolatek czyta w gazecie, iż w USA powstaną wkrótce dwa bliźniacze najwyższe budynki świata. Te budynki stają się jego drobną obsesją. W wieku
późniejszym mężczyzna postanawia zrobić coś, czego nie dokonał nikt inny na świecie, a mianowicie przejść po linie zawieszonej między jedną, a drugą wieżą WTC…
Film o marzeniach i ich realizacji. Krok po kroczku i troche bez względu na wszystko. A dzieje się. Ogląda się to jak film sensacyjny, bo przedsięwzięcie na nielegalu i fortuna czasami płata figle…
Film o charyzmatycznej postaci, która potrafiła przekonać innych, że coś takiego może się udać. Lata przygotowań, spotkań i emocje, które w uczestnikach wydarzeń tkwią do dziś.
Film o ulotności chwili i przemijaniu. Spieszmy się spełniać nasze marzenia, bo mimo iż wydawało się to kiedyś niemożliwe, WTC może runąć.
Film o ludziach, zaangażowanych w pewną ideę.
Film o przyjaźni, miłości i sławie.
Wszystko to ładnie pokazane, odegrane, zrekonstruowane, przemieszane z materialami dokumentalnymi.
5+
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: dans ma peau, horro, in my skin, marina de van, samookaleczanie
Hardkor. Mina sto razy gorsza niż po sporządzaniu wątróbek drobiowych. Oczka jak szparki. Szparki między palcami zasłaniającymi oczy. Przyśpieszony oddech i ściśnięty
żołądek.
Najlepsze horrory to te w których nie ma duchów a są ludzie. Ludzie ludziom. A co jak jest człowiek, który sam sobie?
Esther jest na imprezie. W trakcie spaceru rani sobię nogę. Dość dotkliwie. Bardzo dotkliwie. Głeboka rana i wypływająca z niej krew wzbudza fascynację Esther. Kobieta zaczyna okleczać samą siebie za każdym razem posuwając się dalej w swoim szaleństwie.
Bardzo dosłowny i bezlitosny to film. Reżyserka, grająca w filmie główną rolę serwuje nam pełne okrucieństwa studium szaleństwa swojej bohaterki. W sumie, to nawet nie wiem czy to studium… Bo nie dostajemy odpowiedzi, czemu tak się dzieje, że się dzieje? Przecież jest dobrze – kochający i troskliwy partner, sukces zawodowy. Czemu ona to robi? Czemu tnie się do żywego i spożywa swój naskórek? Czy każdy z nas ma w sobie jakiś chory ładunek, który tylko czeka na odpowiednie okoliczności aby się aktywować.
Jeżeli chodzi o stronę formalną jest ok, choć makabrycznie. Specjaliści od charakteryzacji postarali się, aby nasz żołądek ściskał się co chwila. Montaż klasyczny, choć jest jedna scena, która gdyby pokazana została w sposób jak poprzednie mogłaby być już przesadą. Ale z drugiej strony fakt, że ekran podzielono na dwie części serwując nam tylko połowiczną relację z miejsca tej makabry daje naszej wyobraźni duże pole do popisu…
Nie rozumiem, jak można robić ludziom pewne rzeczy, tym bardziej sobie. Nie rozumiem głównej bohaterki. Nie rozumiem, też jak dotarłam do końca tego filmu. To chyba jakiś taka chora ciekawość co dalej, do czego to doprowadzi. Niewątpliwie jeden z najmocniejszych filmów jakie widziałam kiedykolwiek. Bo nie przeraża i martwi mnie widok tryskającej krwi po ugryzieniu wampira, a świadomość że gdzieś tam są takie kobiety zamknięte w swoich pokojach i spijające z rozkoszą krew ze swoich ran.
Bez oceny. może kiedyś Karol pokusi się o oznakowanie swoją skalą krwistości…
Trailera nie ma. W sumie się nie dziwię.
Bruno Dumont, to moje odkrycię. Podróżując przez pozycje, które zostały kupione przez tych co kupili oraz polecone przez moją biblijkę Cinema Now natknelam sie kiedys na tego Francuza. Z wykształcenia filozof, z umiłowania filmowiec. Filmowiec. Wielokrotnie nominowany, dwukrotnie nagradzany Palmą. Szczerozłotą. Trzeba zobaczyć, na Boga! Ale z drugiej strony, filozof, film o wojnie może być niestrawnie (z całą swoją miłością do Francuzów)
. Włączyłam Flandrię. A potem tylko czekałam na to, aż dotrą do mnie pozostałe…
Zacznę od końca. Od Twentynine.
Para kochanków podróżuje przez Stany. Przez górzyste tereny, kaniony i małe moteliki. Wszystko to, aby sfotografować ją przez niego. Dzień po dniu jesteśmy świadkami rozmów, seksu, kłótni, szaleństwa naszej pary.
I teraz pomyślmy sobie, że ludzie określają go jako dramat eksperymentalny, albo nawet horror egzystencjalny. Jak zwał tak zwał. Jest to kino absolutnie nowatorskie, któro w sposób mistrzowski zmiksowało w sobie różne konwencje dając zupełnie nową jakość. Przynajmniej ja nic podobnego wcześniej nie widziałam. I choć na początku będzie się wam wydawało, że co to k@#$ jest za film radzę nie wstawać od teleodbiorników. Bo reżyser szykuje dla nas co chwila niespodzianki, które co raz bardziej wzbudzają w nas niepokój. Wsłuchajcie się w rozmowy pary, wskocznie na bagażnik, zwiedzajcie okolicę i podążajcie za naszymi bohaterami. Gwarantuje, że czeka was przejażdzka jakiej nie będziecie w stanie długo zapomnieć. Mimo, że czasami będziecie chcieli.
Korci mnie najwyższa nota, ale 6 zostawiam dla filmu Ludzkość, o którym niebawem.
Zaszufladkowany do: ze movies
Nie chce za bardzo zdradzac fabuly, wiec ujme to wszystko tak:
Ten film to mieszanka Przekleńśtw niewinności, Władców Much (bron boze nie mylic z tym prymitywnym plemieniem co się przez t i ó pisze), Osady i Tajemniczego ogrodu. Rewelacyjna/Intrygujaca/Hipnotyzujaca/Urzekająca.
I nic więcej nie powiem.
Za to z przyjemnością wkleję plakat:

A moze i nawet zwiastun się znajdzie…
Ech… I pomyśleć że był kiedyś do kupienia na allegro…
Zaszufladkowany do: Uncategorized
No, w końcu mogę opisać film na 6.
Billy ma coś koło trzydziechy.Billy właśnie wyszełd z pierdla. Billy trafił tam przez swoją miłość do footballu amerykańskiego, którą wyssał z mlekiem matki. Billy został wrobiony, nie to żeby był winny. Billy po
odczytaniu wyroku nie powiedział rodzicom, że idzie do więzienia, tylko że wyjeżdza z misją, bo pracuje w tajnych służbach. Billy instruuje swojego przygłupiego kuzyna Goone’a aka Rocky, żeby ten co miesiąc wysyłał rodzicom kartki pozorując wolność ich jednorodnego. Billy pisze w listach, że ma dziewczynę, nawet żonę. Kiedy Billy wychodzi z więzienia, oczywiste jest, że musi odwiedzić swoich rodziców. Z dziewczyną, z żoną. Znajdując miejsce , w którym może opróżnic swój pęcherz Billy poznaje Layle. Poznaje, to za dużo powiedziane.
Layla jest pulchną blondynką, w obcisłej króciutkiej sukience, z wyeksponowanym biustem i nogami odzianymi w białe rajstopki. Layla uczy się stepować. Podczas jednych z zajęć Layla zostaje sterroryzowana i uprowadzona przez typa wychodzącego z ubikacji. Tak, to Billy.
Obydwoje ruszają z wizytą u rodziców Billyego, na której Layla ma udawać żonę, której dobrze u boku męża. Layla bardzo dobrze wywiązuje się z powierzonej jej roli…
Tak mniej więcej zaczyna się akcja tej absolutnie rewelacyjnej i nietypowej komedii romantycznej. Autorem scenariusza, reżyserem i odtwórcą głównej roli jest Vincent Gallo – hipnotyczny i wszechstronnie utalentowany w tym filmie debiutant… Udało mu się stworzyć nieszablonowe mini-dzieło a to za sprawą scenariusza ale także poprowadzenia aktorów w tym siebie. Rewelacyjna jest Christina Ricci, pokorna cierpliwa i wrażliwa. Genialny! jest Vincent na wiecznym wkurwie, powtarzający maniakalnie rozkazującym tonem wszystkie swoje wypowiedzi a właściwie rozkazy razy dwa. Genialny jest scenariusz – historia przeplatana zabawnymi retrospektywami z życia Billyego, dzięki której zroumiemy skąd w tym człowieku tyle nerwu. Rewelacyjna jest rodzina Billyego – matkę gra sama Angelica Huston. Kllimatyczne są zdjęcia i lokacje, które przedstawiają nam typowo amerykańskie okolice – kręgielnie, przydrożny bal kawowy, obskurny hotel na godziny, bar ze streapteasem czy też zwykłę amerykańskie domostwo, w którym całe życie kręcie się wokół telewizora. Gniealne są dialogi. Świetna jest historia. Świetna jest muzyka. Fantastyczne są te surrealistyczne momenty, w których ludzie orzechodzą do muzycznego wymiaru. A jak doskonale wymyślona została scena ze strzelaniną!! Wszystko jest w tym filmie absolutnie genialne. Wszystko!
Czemu takich filmów nie dystrybuuje się w Polsce? Na szczęscie mamy allegro
Kto chce pożyczyć – palec do budki.
Myślę też sobie, że jeżeli kogoś chwyci to powinien też zobaczyć “Lewy sercowy”. Albo jak kogoś chwycił “Lewy sercowy” to powinien zobaczyć Buffalo 66.
6, 6 i jeszcze raz 6.
ps. vincent tak swietnie zagral, chyba dla tego ze nie gral
po filmie realizacji filmu aktorzy pałają do siebie wybitną nienawiścią
i nie moge się powtrzymać, żeby nie wkleić i tego…
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: korea, love exposure, zdrada, przyjaźń, yuppie, fotografia
Chcialabym zobaczyc teraz wasz wyraz twarzy hehehe
Nie wiem jak to sie wymawia, nie wiem czy w ogole da sie to wymówić i nie, nie popsuła mi się klawiatura
Po normalnemu tytuł ten tłumaczy się na Love Exposure co z kolei nie wiem co znaczy po polsku
Trafilam na
ten film, bo kiedyś przeczytałam, że twórca jednego z moich ulubionych filmów z gatunku “pojebane do cna” – Survive Style 5+ został nagrodzony gdzieś tam za swój najnowszy obraz, który niby nosil tytuł Love Exposure. Nie wiem czy o to chodziło, bo filmweb.pl milczy na temat jakich kolwiek powiązań tego tytułu z tym drugim. Ale film obejrzałam.
A historia calkiem calkiem. Mamy dwie przyjaciółki. Przedstawicielki koreańskich yuppiesów. Jedna jest fotografką, a druga żoną. Bogatą żoną. Ta pierwsza wdaje się w romans z żonatym facetem, w dodatku z tej samej pracy. Ta druga dowiaduje się, że jej mąż ma romans ze swoją młodziutką wspópracowniczką. Film opowiada o dalszym rozwoju wypadków…
Całkiem ciekawy i fajny obyczaj. Mimo historii nie o romanse tu chodzi i umelodramatyzowanie akcji, a o przeanalizowanie zachowania kobiet w dość nieprzyjemnych dla nich sytuacjach. Sytuacjach, które dotyczą dwóch przyjaciółek i przenikają się, bo czy zdradzana będzie tolerowała koleżankę zadającą się z żonatym? A gdzie sięga granica tolerancji i otwartości w związku? Czy tylko zazdrość jest w stanie zmusić nas do podjęcia pewnych kroków?
Takie różne tematy znajdziemy w tym bardzo fajnym filmie, którego niewątpliwą zaletą jest to, że świetnie został zrealizowany. Zdjęcia jak z reklam,aktorzy piękni i młodzi (no, może z jednym wyjątkiem), chodzą do pięknych i wyszukanych miejsc, noszą piękne i modne ciuchy, mieszkają w pięknych i designerskich apartamentach no i w ogóle tak fajnie jakoś jest. Zawsze jak dotychczas oglądałam filmy koreańskie, to jakoś wszyscy w klasie średniej zakotwiczeni byli, a tu proszę – kolorowy azjatycki bogaty świat. Nawet u nas tak nie ma…
A, i jest jedna scena, która mnie zmiażdżyła. Wiąże się z robieniem zdjęć i chłopakiem, który pracował za barem. Jak zobaczycie film, będziecie wiedzieć o co chodzi…
Widzę, że trailer stylizuje film na komedie. Nic z tych rzeczy. Aha, scen erotycznych też nie ma tylu ile ze zwiastunu wynika. Daje 4+.