Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: bruce willis, cannes, hollywood, komedia, levinson, obyczaj, robert de niro, sean penn
Uwielbiam filmy o robieniu filmów. Ostatnio obejrzałam ich całkiem sporo. Był genialny 8,5 Felliniego, były arcyśmieszne “Jaja w tropikach”, był absolutnie genialny paradokument “Incydent nad Loch Ness” z Herzogiem w roli głównej i na koniec “Lost in La Mancha” o pechowej produkcji Terry’ego Gilliama. Więc gdy zobaczyłam, że kolejny
meta-film wchodzi do kin, stanęłam w przedbiegach, a w zasadzie w przedpremierach
…
Art Livinson jest producentem filmowym. Jednym z 30 najbardziej wpływowych w branży. Poznajemy go w nienajłatwiejszym dla niego momencie, bo: najnowszy film zapowiada sie być totalną klapą, a reżyser nie chce się zgodzić na zmiany, była żona zdaje się mieć nowego kochanka, córka ma jakiś tajemniczy problem, a Bruce Willis przytył i nie chce zgolić brody, z którą zdjęcia nie mają szans się zacząć… W filmie śledzimy kolejne 7 dni z życia producenta, którego gra Robert de Niro.
No i co… Film się skończył, a ja ani uhahana, ani wzburzona, ani zachwycona, ani żadna. Po pierwsze – ani to komedia, ani dramat, ot jakiś taki lekki obyczaj. Świat filmowy, jakiś taki bez emocji, a jeżeli już są to jakoś tak głupio przerysowane. Zastanawiam się, na ile tam obrazu prawdziwego hollywoodzkiego biznesu – no jest trochę, ale nie jest to nic odkrywczego i szokującego. Wątek romantyczny dla mnie absolutnie zbędny.
Podoba mi się natomiast Robert de Niro. Fajnie wygląda – w końcu nie jest wspomnieniem własnej – ciągle tej samej - filmowej przeszłości. Gra delikatnie i nie nadużywa środków, które troche przez lata się już wytarły.
Film powiela branżowe stereotypy – szefowie wytwórni są bezwzględni, producenci to debile którzy dają tylko kasę, reżyserzy to bezkompromisowi ekscentrycy na ciągłym haju a aktorzy to rozpieszczone primadonny… Choć przyznam, że jedyną rzeczą, która mnie na prawdę rozbawiła to wątek reżysera z problemem uzależnienieniowym właśnie. No i może pojawienie się Bartona Finka w pierwszych minutach filmu
Taki sobie to film. Raz widziane, zapomniane. 3 i nie ma szans na jakąkolwiek poprawkę
Teraz dla równowagi trzeba jakiegoś europejczyka zobaczyć…
Nie ma jeszcze komentarzy jak dotąd
Dodaj komentarz
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <pre> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>