Zaszufladkowany do: Uncategorized
Lagerfeld Confidential, reż. R. Marconi, 2007, Francja
Lagerfeld to taki typ, którego raczej się nie lubi. Ten sfrancuszczony Niemiec ukrywa spojrzenie za ciężkimi
okularami, ubiera się ciągle tak samo, a do tego jest ortodoksyjnym wielbicielem chudości na wybiegu. No wiec jeżeli myślałam, że może po tym filmie zmieni się moje podejście do tego modowego wizjonera, to nic takiego się nie stało.
Przez jakiś okres czasu poruszamy się z kamerą za mistrzem – jest jakiś pokaz mody, wizyta w posiadłości, ze 2 projekty sukienek na papierze, ze trzy sesje w jego wykonaniu no i oczywiście wywiad z rożnych foteli i kanap. Kiepskie pytania ratuje tylko zadęcie i parcie głównego aktora. O dokumentaliście nie świadczy dobrze fakt, że ma problem z zadaniem najoczywistszego pytania o preferencje seksualne Lagerfelda. Heloł, jesteśmy w świecie mody!
Co ciekawego? Szuflady wypchane białymi stójkami jednorazowego użytku, całe tace pierścieni do ozdoby rąk, praca z modelami – nie wiedziałam, że Lagerfeld sam jest fotografem; to jego uwielbienie i odarcie świata mody z jakiejkolwiek bajkowości – to okrutna branża, gdzie człowiek musi dostosować się do reguł.
Oj nie polubiłam ci ja Lagerfelda, ale za to…
Valentino: The Last Emperor, reż. M. Tyrnauer, 2008
A to z kolei dokument z prawdziwego zdarzenia. Nakręcony w dobrym momencie – końcowa faza zdjęć
zbiegła się z obchodami 45-lecia pracy Valentino Garavani, ale film bynajmniej na nich nie poprzestaje.
Podstawowa różnica między Valentino a Lagerfeldem jest taka, że Valentino jest Włochem. I sam ten fakt bardzo rzutuje na cały film. Jest głośno, nastroje zmieniają się w przeciągu sekundy, lecą wyzwiska, krawcowe zrywają sukienki z manekinów, nie odzywają się do siebie, a jeśli gdzieś tam pojawia się radość, to też i łzy i wzruszenie. No dzieje, się dzieje!
Sam Valentino jest uroczy. Chwiejny i skupiony na sobie, żyjący sobie gdzieś tam na innej planecie, nieświadomy całego nakładu sił idącego na widowiska dla jego kreacji. Mimo swoich ponad 70ciu lat – bardzo żywotny, ale i emocjonalny. Rozbrajające są momenty, w których płacze podczas własnych przemówień, albo kiedy wprost mówi do swojego partnera Giancarlo Giamettiego, że to dla niego jest ta kamera i jak nie będą go filmować, to on zrywa zdjęcia
Zresztą reżyser filmu umniejszył tradycyjną formę wywiadu na rzecz rzetelnej rejestracji tego co się dzieje dookoła niego – także pośrednio będziemy się przyglądać wywiadom, które inne media przeprowadzają z kreatorem. Plus jeszcze ta kamera jest naprawde wszędobylska – czasami nie zniesienia dla samego Valentino. God job, boys!
Pisząc o partnerze Valentina, to warto zaznaczyć, że jest to równorzędna pierwszoplanowa postać tego filmu. Giancarlo Giametti – cień Valentino, który od ponad 40lat wspiera swojego wspólnika/partnera/kochanka w spełnianiu jego twórczych wizji i po prostu byciu przy nim. Coś niebywałego, biorąc pod uwagę osobę, z którą musi się na codzień zmierzać.
Ten film pokarze wam modowy świat w niemal każdym aspekcie – pokazy mody i przygotowania do nich, proces powstania przecudnej sukni, przedpremierowe mini-pokazy w gabinecie projektanta, przyjęcia z najbardziej wpływowymi tego świata, kawał historii – Valentino ubierał i Audrey Hepburn i Jackie Onassis. Poznacie całą masę bliższych lub dalszych pracowników Valentina i gwarantuje wam – nie znudzicie się tym filmem ani przez sekunde, a wzruszenie będzie się mieszać z naprzemiennym rechotem. I te pięć mopsów…
)
Zaszufladkowany do: Uncategorized
1. Tokyo!, reż. M.Gondry, L. Carax, J. Bong, 2o08, Francja/Japonia/Niemcy/Korea Płd.
Absolutnie urokliwie. Trzech młodocianych, ale już zasłużonych reżyserów szyje 3 tokijskie opowieści europejskim ściegiem. Pojawi się hikikimori (Bong), bestia z kanałów (Carax) i historia o transformacji, ale nie powiem czego w co (Gondry). Masa humoru w najlepszym stylu. W tym wszystkim mój ukochany Denis Lavant i Leos Carax tym razem nieco mniej poważnie. Plus jeszcze ten uroczy Gondry znowu uświadamiający nas, że kino każdy może robić. Pozycja obowiązkowa dla każdego co kino wysoce przyjemne sobie ceni. 5+
2. Tetsuo, reż. S. Tsukamoto, 1989, Japonia
Techno, Ahex Twin, Industrial, Nagi Lunch, Głowa do wycierania, Cyber Punk. Troche już wyrosłam z takich klimatów, ale żywię szacunek do twórcy.
3. Tokyo Decadence, reż. R. Murakami, 1992
Boże, co za miernota. Przez pierwsze pół oglądamy wyczny japońskiej prostytutki na polu japońskiego sado-maso. Przez drugie pół oglądamy ją biedną wzdychającą do zdjęcia chłopaka z przeszłości na przemian ze zmienianiem świadomości czym tylko się da. Głupi bełkot i nawet nie mogę się dopatrzeć jednej rzeczy, która uratowałaby ten film. No dobra… może okładkowa scena w hotelu na tle szyb. A może i nie.
4. Tokyo Sonata, reż. K. Kurosawa
O japońskiej rodzinie, w której każdy coś przed sobą ukrywa co jak wiadomo musi doprowadzić do tragedii, aby się mogło dobrze skończyć. Ciekawe obyczajowo.
Zaszufladkowany do: Uncategorized
Kinematografia co do zagadnienia zdrady nie pozostawia żadnych złudzeń. Zawsze kończy się dramatem a i wybudowanie na jej bazie nowego szczęśliwego związku wydaje się być niemożliwym. Do tego, jak to często
bywa to, co rozpoczyna się w łóżku i w łóżku się kończy, a mężczyzna skruszony wraca do swojej żony i nie w myśl mu rozbijanie rodziny.
W “Wiarołomnych” sytuacja przedstawia się tak. Marianne żyje w udanym związku z Marcusem. Dobrze im się powodzi, obydwoje realizują się w swoich twórczych zajęciach – ona jest aktorką, on kompozytorem. W łóżku także nie mają na co narzekać – Marcus potrafi sprawić Marianne taką rozkosz, że ta niemal traci świadomość. Obydwoje przyjaźnią się z Davidem, reżyserem filmowym. Więc kiedy ten podczas spotkania z Marianne zapytuje ją, czy poszłaby z nim do łóżka oczywistym wydaje się, że Marianne odmówi. Jednak mimo faktycznej odmowy ziarno niepewności zostało zasiane. Podczas rozmyślań Marianne zdaje sobie sprawę, iż jedyne czego obecnie najbardziej pragnie, to właśnie romans z Davidem. Los jej sprzyja, gdyż właśnie wyjeżdza na miesięczne stypendium aktorskie, na które postanawia ściągnąć kochanka. Informując męża o obecności ich przyjaciela w Paryżu Marianne zaczyna dość jawnie prowokować Marcusa pytaniami: “co by było gdyby ona i David…”. Mąż jest jednak spokojny: jedź, między wami nigdy do niczego by nie doszło. No więc zaczyna się paryski miesiąc pełen namiętności, który jest kontunowany po powrocie do domu. I wszystko byłoby wspaniale i cudownie, gdyby pewnego dnia do garsoniery Davida nie zapukał świadomy całego romansu Marcus. Rozpoczyna się wspomniane w cytacie otwierającym film “piekło rozwodu”…
Klasyczny dramat. Może nieco przerysowany, ale że jego scenarzystą był sam Ingmar Bergman można tym tłumaczyć pewną teatralność tego filmu. Oczywiście aktorstwo i reżyseria są bez zarzutu. Hipnotyzująca jest postać głównej bohaterki, która tak radośnie i naturalnie podchodzi na początku do tej bez wątpienia złej moralnie “łaski” romansu, która na nią spłynęła. Wiadomo też, że jest to film, którego główną osią jest historia, więc jakby nie zwraca się uwagi na aspekty artystyczne, bo przecież nie o to tu chodzi. Do tego historia jest tutaj dwupłaszczyznowa, bo opowieść o Marianne to scenariusz starego reżysera, który powraca do wydarzeń z przeszłości…
Klasyczne, solidne, ciężkie ale także bardzo mądre kino: co tak naprawdę można nazwać zdradą, jak daleko sięga wybaczenie, kto jest największą ofiarą naszych poczynań: nasi bliscy, czy może my sami. Ja nie mam wątpliwości.
5.
Zaszufladkowany do: ze movies | Tagi: collin farrel, heath ledger, johny deep, jude law, monty python, parnassus, terry gilliam, tom waits
Poszłam w czwartek po raz pierwszy, poszłam w piątek po raz drugi.
Zaszufladkowany do: Uncategorized | Tagi: boris yelnikoff, jakby nie było, whatever works, woody allen
Mam w kinie nowego idola. Jest nim Boris Yelnikoff – człowiek wszechwiedzący i prawie nominowany do
nobla z fizyki. Polubiłam go już na początku, bo tylko on z grupki znajomych zauważył, ze siedzę przed ekranem i postanowił uraczyć mnie swoją historią pewnej miłości.
A historia była taka, że kiedyś na ulicy spotkał dziewczynę. Ta nie dość, że się wprosiła do niego na chatę, to potem nie chciała się wynieść a na dodatek śmiała się w nim zakochać! W nim! W starym człowieku, który budzi się w nocy z atakami paniki i tryska ironią tak, że najlepiej chodzić przy nim w kombinezonie. Co więcej! Po mału, wraz z pasożytniczym rozwojem intelektualnym i coraz większymi szansami na poznanie praw rządzącym wszechświatem sam Boris zaczął patrzeć przychylniejszym wzrokiem na już nie tak beznadziejnie głupią gęś…
Potem jest tylko ciekawiej, śmieszniej i milej i w ogóle. Balsamicznie powiedziałabym. To film na rozmokłe zaspy i skwaszoną minę. O tym, że na zmiany nigdy nie jest za późno i można zostać sobą w każdym momencie swojego życia. Pokrzepiające, nieprawdaż? Szkoda, że wchodzi do polskich kin dopiero w kwietniu. Byłby dużo pożyteczniejszy w obecnych okolicznościach przyrody.
5 z przyjemnością i z uśmiechem na twarzy i deklaracją szybkiego ponownego oglądu.
Zaszufladkowany do: Uncategorized | Tagi: dorian gray, ekranizacja, oscar wilde, portret doriana graya
Nieszkodliwa bajka o Dorianie Grayu. Z efektami specjalnymi i znanymi aktorami. Mam nadzieje, że pożytek
z tego filmu będzie taki, że może jedna na sto osób sięgnie po książkę Wilde’a, bo na pewno ktoś odświeży wydanie. Wtedy ta jedna setna prawdziwie poczuje tę brudną i rozpustną historię, której barokowe opisy wszelkich niegodziwości mam w głowie do dziś.
W okresie świątecznym na pewno będzie do kupienia z Pachnidłem. Chociaż nie, bo różni dystrybutorzy.
3.
Zaszufladkowany do: Uncategorized | Tagi: devor, dokument, sundance, zoo, zoofilia
Kenneth Pinyan zmarł w wyniku rozerwania jelit po stosunku z koniem. Pare lat później na kanwie tego
wydarzenia Robinson Devor na podstawie zeznań osób, które odwiozły Pinyana do szpitala i uczestników procedur karno-wyjaśniających nakręcił kameralny dokument o społeczności zoofilskiej. W sumie o społeczności to za wiele powiedziane. W spokojnym, okraszonymi poetyckimi zdjęciami filmie reżyser delikatnie zajrzał przez uchylone drzwi do grupki kilku osób, które połączyła miłość do zwierząt. Jak twierdzą sami zaangażowani – jest to uczucie, którym ludzie obdażają ludzi, oni zaś zwierzęta. Wg nich nie chodzi wcale o seks. On jest konsekwencją głębokiej miłości. Z drugiej strony słuchamy osoby ze świata: przedstawicieli organizacji przeciw dręczeniu zwierząt, przedstawicieli policji, którzy wg środowiska niesłusznie oskarżają ich o znęcanie się nad zwierzętami. Przecież oni nigdy nie chcieliby, aby ich podopiecznym stało się coś złego.
Strasznie duszny to film. Nie ma co liczyć na sceny wprost, coś tam gdzieś niepostrzeżenie śmignie. Ale i tak najmocniejsze są rzeczy wychodzące w trakcie “śledztwa”. Te które nie pokazują nic, a sugerują wszystko. Zobaczcie sami – macie podany materiał bez żadnej oceny. Nawet mojej.
Zaszufladkowany do: Uncategorized | Tagi: dramat, fortepian, kraus, niemcy, vier minuten, więzienie, wojna
Scenariusz punkt po punkcie realizowany wg schematu: młody/gniewny/utalentowany. W języku niemieckim. Z okupacyjnym wątkiem lesbijskim. Słabizna.
No niestety. Nieznajomość pewnych wyrazów w napisach trochę zbiła poziom zrozumienia tego filmu. Generalnie film o przyjaźni, miłości w świecie getai. Niby radośnie przegięta komedia z naturszczykami, jednak na backstage’u ciężki dramat. Wiem, że było coś o aids, ale tego w zasadzie dowiedziałam się z pofilmowych odczytów. Taki Royston mniej mi smaczy
Zaszufladkowany do: Uncategorized
Opus magnum. Dzieło tak monumentalne, że nie wiadomo od czego zacząć. Pars pro toto, a może toto pro pars. Głemboce humanistyczne przeżycie. Formalna jazda bez trzymanki. Rozmach zapierający dech w piersiach. Dawno nie widziałam filmu przepełnionego tak wielką nostalgią nad ludzkim życiem. Nie napiszę nic więcej, jeno zaapeluje: zobaczcie ten film!! Raz to za mało. 6 to też za mało.
